Biografia Watchmana Nee

Lektura choćby części piśmiennictwa Watchmana Nee, wiernego wyznawcy Chrystusa - do tego kręgu zaliczam również jego popularną biografię napisaną przez Angusa I. Kinneara - stała się dla wielu, i dla mnie też, wielkim błogosławieństwem.

Jesteśmy w dość dobrej sytuacji, ponieważ przed kilku-nastu laty wydano w Polsce (w przekładzie Józefa Prowera, zm. 1976), trzy prace Watchmana Nee, które opublikowano pod nazwiskiem angielskiego wydawcy i biografa W. Nee, Angusa I. Kinneara. Są to następujące książki: "Normalne życie chrześcijańskie" i "Życie w Chrystusie" (cz.I-II). Z tych powodów m.in. pragnę zapoznać, czytelników z oso-bą, stylem i metodami pracy misyjnej tego wielkiego świad-ka Jezusa Chrystusa w Chinach.

Dom rodzinny i lata młodzieńcze

Watchman Nee pochodził z dość licznej rodziny. Był trzecim z kolei wśród dziewięciorga dzieci. Jego ojciec Ni Weng-siu z Fuczou był wyższym urzędnikiem celnym. Żył w latach 1877-1941. Zmarł w Hongkongu. Matka, Lin Huo--ping była osobą wykształconą. Do swojego nawrócenia była działaczką polityczną czynną w ruchu emancypacji kobiet. W środowisku rodzinnym odgrywała czołową rolę, co bio-rąc pod uwagę tradycjonalne stosunki chińskie - było zja-wiskiem rzadkim. Urodziła się w Fuczou w r. 1880, zmarła w r. 1950 w Swatou. Warto też wspomnieć, że dziadek ze strony ojca, Nga U-czeng (1840-1890) był jednym z pierw-szych pastorów chińskich pełniących służbę w Kościele kon-gregacjonalnym (wolny Kościół reformowany). Posiadał nadzwyczajny dar wykładania Pisma Świętego

Watchman Nee lub Ni To-szeng, zwany również Henry Nga (w języku fucieńskim Nga Szu-jeo), urodził się w Swa-tou 4 listopada 1903 r. Zgodnie ze zwyczajem rozpowszech-nionym wśród chrześcijan w Chinach, po przeżyciu jakiegoś szczególnego błogosławieństwa Bożego, w różnych okresach życia zmieniał nazwisko. Najpierw nazywał się Ni Szu-tsu ("Ten, który głosi chwałę przodków"), z czasem przyjął na-zwisko Ni Czing-fu ("Ten, który ostrzega i napomina"), a na-stępnie Ni To-szeng ("Ten, który czuwa i strzeże"). To-szeng jest mniej więcej odpowiednikiem angielskiego "watch" (czu-wanie, pilnowanie, czaty, oczekiwanie, straż nocna, wachta na statku). Stąd Watchman Nee - to Strażnik Nee lub Czu-wający Nee.

Na początku rodzice sami uczyli dorastające dzieci, a z biegiem lat funkcję tę przejął nauczyciel domowy, który da-wał lekcje z kaligrafii, literatury i etyki chińskiej na podsta-wie konfucjańskich "Czterech Ksiąg" i "Pięciu pism klasycz-nych". Do jego obowiązków należała także nauka muzyki w oparciu o stary chiński system melodii. Matka uczyła dzie-ci pieśni chrześcijańskich. W tym okresie rodzina Nee po-znała się z inną chrześcijańską rodziną Czangów. Dziewczyn-ki z obydwu rodzin zaprzyjaźniły się ze sobą, a najmłodszej z tej grupki Charity Czang (Czang Pin-huei) szczególnie przypadły do serca wspólne zabawy ze starszym bratem Ni Szu-tsu, czyli późniejszym Watchmanem Nee. Jednak upły-nęło jeszcze wiele lat i wiele się wydarzyło, zanim Watch-man Nee i Charity Czang pobrali się. Tworzyli dobrane i szczęśliwe małżeństwo; chociaż Bóg nie obdarzył ich wła-snym potomstwem. Za to darował im wiele synów i córek w wierze (por.1 Kor. 4,14-15).

Od 1916 roku trzynastoletni Watchman Nee zaczął cho-dzić do szkoły prowadzonej przez misjonarzy anglikańskich w Fuczou. Potem zapisał się do szkoły pod wezwaniem św. Marka, w której uczono po angielsku. Szkoła wraz z wieloma innymi, podlegała kolegium pod wezwaniem św. Trójcy w Fuczou, a z kolei ono należało do irlandzkiego kolegium w Dublinie. W tym okresie życia W. Nee podjął bardzo ważną decyzję: postanowił dokładnie opanować język północno-chiński, który z upływem lat zaczął pełnić w Chi-nach rolę języka oficjalnego.

Życie i działanie Watchmana Nee zbiegło się z epoką burzliwych przemian w życiu społecznym i politycznym jego kraju. Razem z milionami ludzi żyjących w Chinach był świadkiem upadku rządzącej ad prawie 300 lat cesarskiej dynastii mandżurskiej (1644-1911), następnie rewolucji roku 1911, dającej początek zasadniczym przemianom polityczno--społecznym, która również doprowadziła do powstania re-publiki chińskiej (1911-1949). Jej pierwszym prezydentem został dr Sun Jat-sen. A następnie po całej serii dramatycz-nych wydarzeń, jak wojny i rewolucje - powstania w r. 1949 Chińskiej Republiki Ludowej.

Watchman Nee podobnie jak wiele ludzi jego pokolenia w pewnym okresie życia interesował się ideałami antyreli-gijnymi, które propagowało jedno z ówczesnych czasopism. Było ono wydawane przez dziekana wydziału literatury. Ruch, który został zainicjowany przez to czasopismo, osiągnął szczyt swoich wpływów z chwilą powstania "Wielkiej fede-racji wszystkich antyreligijnych".

Przebudzenie duchowe wśród członków rodziny

Od roku 1920 zaczyna się okres przemian religijnych w jego rodzinie. Miało to związek z działalnością ewangeli-zacyjną prowadzoną przez Chinkę - Dorę Ju. Zgromadzenia ewangelizacyjne z jej udziałem odbywały się w Fuczou w kaplicy Zboru metodystycznego. Dora J była znaną ewan-gelistką, współzałożycielką szkoły biblijnej w Szanghaju i od-bywała wówczas kampanie ewangelizacyjne w północnych Chinach i Korei. Bóg błogosławił jej służbę.

W czasie zgromadzeń ewangelizacyjnych w Fuczou, w których brali udział Watchman Nee, jego matka oraz inni członkowie rodziny, objawiła się ich cała powierzchowna, tradycyjna religijność. Uświadomili sobie, że są chrześcija-nami tylko z nazwy, i że ich chrześcijaństwo sprowadzając się tylko do chodzenia do Kościoła jest dodatkiem do "normalnego" życia. Przed końcem ewangelizacji Watchman Nee, wychowywany religijnie i dotychczas uważający się za chrześcijanina, uwierzył Panu Jezusowi Chrystusowi i do-znał przeżycia zbawienia.

"Na ten akt młodzieńczego poświęcenia się Panu Jezu-sowi, On odpowiedział i udzielił mu nowo narodzenia z Du-cha, który opanował całe jego życie" - pisze biograf A.Kinnear. Zaczynał 18 rok życia, gdy poświęcił się Chry-stusowi jako Panu, i jak czytamy o pierwszych chrześcija-nach, że "opuścili wszystko i poszli za Nim", tak samo on zrobił. Duchowe życie, .które w nim zapłonęło odtąd zaczęło szukać ujścia dla siebie; i w rezultacie musiało płynąć pod prąd wydarzeń ogólnych.

Problemy nowego życia i pierwsze zwycięstwa

Jedną z pierwszych przeszkód, na które w swoim no-wym życiu natrafił, była sprawa znajomości i studiowania Pisma Świętego. Przedmiot taki był nauczany w szkole chrze-ścijańskiej, do której chodził. Ale dotąd miał z nim spory kłopot. Więc w swojej nowej sytuacji życiowej, wykorzy-stał sprzyjające okoliczności i kiedy wynikły zamieszki w ży-ciu społecznym w Fuczou i okolicach, Watchman Nee wy-jechał do szkoły biblijnej w Szanghaju. Nareszcie mógł zająć się Pismem Świętym, które dotąd przysparzało mu wielki kłopot. Gdy jego chińscy rówieśnicy zaczytywali się w dzie-łach filozoficznych J. Dewey'a, B. Russela i R. Tagore, on postanowił zanurzyć się w głębię Słowa Bożego i wchłonąć w siebie jego treść.

I kiedy znowu po dłuższej nieobecności wrócił do Fu-czou, Bóg sprawił, że szybko nadrobił program szkolny i w dodatku zdobył ocenę jednego z najlepszych uczniów. Po powrocie z Szanghaju otaczający go ludzie ze zdumie-niem spostrzegli, że jest innym człowiekiem. Tak było w istocie. Jedną z oznak nowości jego życia było sporządze-nie listy kolegów szkolnych, o których zaczął regularnie mo-dlić się.

W tym czasie Nowy Testament czytywał kilkakrotnie w ciągu miesiąca. Oprócz tego czytał regularnie i studiował całą Biblię. Wkrótce Bóg darował mu pierwszego współto-warzysza modlitwy. Był nim Wilson Wang, który porzucił szkołę morską i został jego kolegą szkolnym. W niedługim czasie zaczęły pojawiać się w szkole pierwsze oznaki ducho-wego przebudzenia. Nastąpiło to wówczas, gdy koledzy pa-trząc na nich dokonali odkrycia, że Jezus Chrystus naprawdę żyje, oraz że daje ludziom radość i pełnię życia!

Wkrótce dołączyli się do nich Simon Meek, Faithful Luke i K. H. Weigh. Nie upłynęło wiele czasu, gdy oni sami -a następnie ich nowi koledzy - zaczęli głosić Ewangelię na ulicach Fuczou. Idąc, śpiewali pieśni, składali świadectwa, i głosili Słowo Boże. Zwiastowali, że Zmartwychwstały Jezus Chrystus jest Panem i Zbawicielem. Jako środek pomocniczy do celów ewangelizacyjnych wykorzystywali własnoręcznie wykonane transparenty albo wielkie plakaty, na których ogromnymi kolorowymi literami wypisywali hasła: "Jezus Chrystus jest żyjącym Zbawicielem", "Bóg umiłował grzesz-ny świat", i in.

W roku 1921 nawrócił się Wang Cai, oficer chińskiej marynarki, kolega Wilsona Wanga. W rezultacie porzucił on służbę na okręcie wojennym i zaczął zwiastować Ewan-gelię. Wkrótce dom rodziny Nee stał się swego rodzaju ośrodkiem misyjnym. Być może z racji wieku i poprzednio wykonywanego zawodu, Wang Cai został kierownikiem tej grupy ewangelistów. Także Lin Huo-ping, matka W. Nee, od chwili swego nawrócenia zaniechała działalności politycznej i została ewangelistką działającą w ramach Kościoła meto-dystycznego. Prowadziła kampanie ewangelizacyjne, koncen-trując się na głoszeniu Ewangelii wśród kobiet. Bóg również błogosławił jej pracę.

Chrzest wiary

W tym czasie Watchman Nee i jego matka doszli do przekonania, czytając Nowy Testament, że powinni przyjąć "chrzest wiary". (Jego matka była ochrzczona w dzieciń-stwie). Swoje poznanie biblijne postanowili zrealizować. I tak raniutko, pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych 1921 roku, przyjęli biblijny chrzest na podstawie wiary: Watch-man Nee, jego rodzony brat Georg Nee (późniejszy chemik i farmaceuta), i ich matka, Lin Huo-ping. Aktowi chrztu to-warzyszyło głębokie przeżycie wiary. W związku z tym Watchman Nee wyznał:

"Wychodzę z tego systemu, którym rządzi szatan. Nie należę już więcej do tego porządku rzeczy. Nastawiam moje serce na ten sam cel, na który zwrócone jest serce Boga. Moim celem jest wieczny cel Boga w Chrystusie. Wchodzę w Jego Królestwo, a z tego królestwa jestem wyzwolony. Panie, mój dotychczasowy świat zostawiam za sobą. Twój Krzyż na zawsze oddziela mnie od świata. Wkroczyłem w inny świat. I oto jestem tutaj, gdzie mnie postawiłeś w Je-zusie Chrystusie". To wyznanie potwierdził swoim dalszym życiem.

Wieczerza Pańska

Od pewnej niedzieli w roku 1922 czteroosobowa grupa chrześcijan zaczęła w mieszkaniu Wang Cai'a wspólnie świę-tować Wieczerzę Pańską. Byli to Wang Cai z żoną i Watch-man Nee z matką. W czasie Wieczerzy Pańskiej mieli tak wiele radości i odbierali tyle objawienia od Boga, że posta-nowili jeszcze częściej zbierać się na Wieczerzę Pańską. Te nabożeństwa były wolne od jakiegoś szczególnego, ustalone-go porządku lub zwyczaju religijno-kościelnego. Po prostu "łamali Chleb" i "pili z Kielicha" w wolności wiary i z ra-dością przed Panem. Wkrótce przyłączyli się do nich bracia: Simon Meek, Wilson Wang, Faithful Luke i John Wang -jeszcze inny marynarz, który porzucił pracę na morzu i za-czął głosić Ewangelię.

W końcu 1922 roku z wizytą do Fuczou przybyła inna popularna ewangelistka - Ruth Lee. Była ona nauczycielką w college'u nankińskim. Przed swoim nawróceniem należała do gorliwych propagatorek ruchu antyreligijnego. Lecz gdy poznała Jezusa Chrystusa, stała się żarliwą chrześcijanką. Jej wizyta dała nowy impuls pracy ewangelizacyjnej grupie młodych chrześcijan w Fuczou. Młodzież zaczęła teraz bar-dziej zdecydowanie rozpowszechniać Ewangelię na ulicach. Praca ta zaczęła przynosić więcej błogosławionych owoców w postaci, częstszych i liczniejszych nawróceń. Na miejsce zgromadzeń wynajęto obszerny dom w Kien-Szan, w pobliżu Fuczou. I właśnie wówczas rozpoczęto wspólne modlitwy przyczynne o sprawę ewangelizacji. W jednym z pomiesz-czeń wynajętego domu zaczęła zbierać się grupa młodych chrześcijan na nieustającą modlitwę. Ten rodzaj modlitwy nazwano "centralnym ogrzewaniem".

Bóg znalazł wiele ludzi, którzy byli spragnieni zwiasto-wania żywego Słowa. Ulicami w dalszym ciągu maszerowali w dużych grupach młodzi chrześcijanie, ubrani w białe ba-wełniane koszule, na których widniały teksty biblijne albo wezwania: "Pan Jezus przychodzi wkrótce!", "Wierz w Pana Jezusa Chrystusa!". Również na ulicach odbywały się zgro-madzenia ewangelizacyjne.

Gdy trwała wytężona praca ewangelizacyjna, Watchman Nee nie zapominał o "duchowym odżywianiu" i "duchowym wzroście" współpracowników. W tym celu organizował gru-powe wyjazdy dziesięcio lub czternastodniowe. Grupy te przebywały w jakimś wynajętym domu, poświęcając czas na intensywną modlitwę i studium biblijne. Do pomocy zapra-szał znane osobistości z kręgu doświadczonych ewangelistów i misjonarzy. Na wiosnę 1923 roku kilkanaście nowo nawró-conych osób złożyło świadectwo wyrażające pragnienie przyjęcia chrztu wiary.

Sprawa chrztu pojawiła się w okresie, gdy wyniknęły pewne nieporozumienia w grupie kierującej. W tym celu W. Nee postanowił zasięgnąć rady u byłej anglikańskiej mi-sjonarki, Margaret Barber. I gdy przedstawił jej istotę nie-porozumienia, a przede wszystkim to, że nie mógł pogodzić się z pewnym bratem, w odpowiedzi udzieliła mu dosyć twardej lekcji:

"Czy dotąd jeszcze, bracie, nie pojąłeś tego, jakie było życie Jezusa? Czy wiesz, co oznacza Krzyż? Ostatnio bez przerwy mnie przekonywałeś, że słuszność jest po twojej stronie, a nie po stronie twego brata. Czy naprawdę sądzisz, że masz prawo tak mówić? Czy uważasz, że robisz dobrze przychodząc do mnie i mówiąc mi o tym? Twój osąd o tym, co jest prawidłowe lub nie, może być całkowicie słuszny. Ale jakie uczucia wypełniają Twoje serce? Czyż nowe życie, które jest w Tobie nie uczy ciebie, że reakcje objawiane przez Ciebie są straszliwe i niszczące"

Otrzymana lekcja dotknęła jądra motywów, które w nim górowały. Gdy więc odszedł do domu napomniany duchem Słowa Bożego, Margaret Barber w zaufaniu zwierzyła się w rozmowie z Faithful Lukem: "Pewnego dnia on zostanie wielkim kaznodzieją!"

W tym okresie życia Watchman Nee zainteresował się biografią i pismami francuskiej mistyczki, Jeanne de la Motte Guyon (1648-1717), która wiele lat spędziła w celi więzien-nej w czasach Ludwika XIV, prześladowana za wyznawanie Jezusa Chrystusa. Zarówno przeżycia opisane w jej biogra-fii, jak i postawa Madam Guyon wywarły ogromny wpływ na kształtowanie się myślenia, odczuwania, motywacji a na-wet metod pracy przyszłego wielkiego ewangelisty.

W związku z różnorodnymi przeżyciami, jakie stały się jego udziałem w rozszerzającej się pracy ewangelizacyjnej, Watchman Nee zrozumiał, że w życiu praktycznym pierwsze miejsce musi zajmować realizacja woli Bożej. Oto jego wy-powiedź na ten temat:

"Wola Boża może być jasna i wyraźna, jednak czasem Bóg chce nas prowadzić do celu okrężną drogą. Z powodu naszego upodobania do siebie samych, zawsze kryje się w nas chęć do składania górnolotnych deklaracji: Ja czynię wolę Bożą! Ale Bóg chce nas doprowadzić do takiej sytuacji, żeby nic, co na świecie istnieje, nie mogło nas powstrzymać od wykonywania Jego woli, Żebyśmy to mogli zrozumieć, On dopuszcza, aby pewnego dnia zjawiła się jakaś przeszkoda na naszej drodze. I staje ona - jak Krzyż Chrystusa -w poprzek naszej samowoli i wszystkiego co w nas - i na-szej gorliwości, i naszej miłości do Pana. Zaakceptowanie Jego woli przez nas staje się trudne w najwyższym stopniu". Bóg tak postępuje, żeby nas nauczyć wypełniania Swojej woli.

Pragnąc znaleźć rozwiązanie różnych problemów zwró-cił się o pomoc i radę do Margaret Barber, i poprosił ją o wypożyczenie paru książek na temat "Krzyża". Jednak Margaret Barber odmówiła mu, argumentując, że do tego rodzaju lektury trzeba dorosnąć duchowo. Wobec tego W. Nee postąpił wbrew jej decyzji, i odnalazł informację na temat pożądanych książek. Były to dwie prace Jessie Penn Lewis: "Słowo o Krzyżu" oraz "Krzyż Golgoty i jego poselstwo". Jednak doznał zawodu. Bo wprawdzie lektura przyniosła mu jakąś ulgę, jednakże jego wewnętrzne problemy zostały nie-rozwiązane. Przekonał się, że powinien był posłuchać ducho-wej rady misjonarki Margaret Barber i że nie należało dzia-łać samowolnie Przeżycie to skomentował potem w nastę-pujący sposób: "Udzielanie szybkich odpowiedzi nie jest Bożą metodą odpowiadania".

Czasopismo "Przebudzenie"

W ostatnim roku nauki w kolegium p.w. Świętej Trójcy młodzi chrześcijanie dziennie poświęcali trzy godziny na modlitwę; godzinę - wczesnym rankiem i dwie godziny wie-czorem. W tym czasie praca ewangelizacyjna rozwijała się szybciej niż poprzednio, zarówno na terenie miasta jak i w okręgu. Każdego wieczoru Leland Wang razem z Johnem Wangiem głosili Słowo Boże w specjalnie w tym celu wy-najętej sali. Watchman Nee natomiast poświęcał uwagę nowo nawróconym i udzielał wskazówek i porad, w jaki sposób mogą pójść dalej drogą duchowego wzrostu. Również w tym celu zaczął wydawać czasopismo pt. "Przebudzenie". Za-mieszczał w nim m.in. studia biblijne poświęcone temato-wi: "Co dalej po nawróceniu?" Tego roku Watchman Nee i Wilson Wang ukończyli kolegium zajmując dwa najwyższe miejsca w punktacji szkolnej. Watchman Nee miał 21 lat.

Grupa młodych chrześcijan "zrobiła" wspaniały począ-tek w praktycznym przeżywaniu kierownictwa Bożego w ży-ciu codziennym. Lecz pragnęli pójść dalej. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy pobytu w szkole Bóg sprawił, że dzięki ich świadectwu o Jezusie Chrystusie, nawróciło się wiele ludzi w Fuczou i okolicy. Wszyscy wierzący zebrali się na zakończenie ostatniego semestru szkolnego, by złożyć Bogu dziękczynienie za przeżyte błogosławieństwo.

Nowy problem - sprawa małżeństwa

Okres nauki zakończył się wielkim akordem dziękczynienia złożonego Wszechmogącemu Bogu. Watchman Nee dziękował razem z innymi, że upodobało się Bogu, by użył ich świadectwa do tego, by wielu z jego rodzinnego miasta mogło poznać Jezusa Chrystusa, jako żyjącego Pana i Zbawiciela. Ale wkrótce pojawił się nowy problem, uczucie miłości do Charity Czang. Charity ukończyła najlepszą dostępną wówczas, dla chińskiej młodzieży, wyższą uczelnię. Ukończyła ją ze świetnym rezultatem, uważała się i była uważana za chrześcijankę. Lecz treść jej życia stanowiło wszystko - z wyjątkiem Jezusa Chrystusa! Charity chciała znaczyć, błyszczeć, chciała być "kimś": Pragnęła przyjemności, modnych strojów i przebywania wśród "interesujących ludzi" podzielających jej filozofię życia. Watchman Nee był bardzo zakochany, ale potrafił trzeźwo ocenić rysującą się sytuację. Dlatego stanął przed wielkim problemem. Jak można dzielić życie z osobą o tak odmiennych upodobaniach i dążeniach? Czy ,Charity będzie mogła być żoną kaznodziei? Czy to nie będzie prawdziwe dźwiganie nierównego jarzma? Znalezienie odpowiedzi na te pytania, nie było wcale łatwe. On pragnął służyć Bogu i wykonywać Jego wolę. Wy- " brał więc jedynie słuszne rozwiązanie: "Co Bóg sądzi o mojej sprawie?" Odpowiedź Boża przyszła za pośrednictwem Psalmu 73,25 gdy Słowo to rozważał w modlitwie: "Kogóż innego mam w niebie, jeśli nie Ciebie. I na ziemi w nikim innym nie mam upodobania...". Lecz Boża odpowiedź była dlań zbyt trudna do przyjęcia, ponieważ nie. był zdolny wy- zbyć się uczucia miłości do pięknej i wykształconej Charity. W modlitwie wyznawał Bogu, że jest gotów pójść nawet na krańce ziemi i głosić Ewangelię, jednakże nie potrafi wyzbyć się swego uczucia miłości. I żeby je zagłuszyć - "poświęcił się z jeszcze większą gorliwością pracy ewangelizacyjnej". Jednak podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że ta wzmożona aktywność w ewangelizowaniu jest ucieczką przed nieuporządkowanym "problemem sercowym", a więc sprawą małżeństwa z Charity, a nie po prostu szczerym pragnieniem zwiastowania Ewangelii Chrystusowej.

"Co lub kogo znasz"

W czasie konferencji odbywającej się w okresie świąt noworocznych - z udziałem wierzących i nowo nawróco-nych, Watchman Nee nieoczekiwanie przeżył coś nowego. W jednej z podmiejskich wiosek na spotkaniu poświęconym nauczaniu biblijnemu, zetknął się z grupą starszych kobiet--chrześcijanek. Uwagę jego zwrócił fakt, że bardzo nieudol-nie czytały Pismo Święte. Ale odkrył również to, że on znał wprawdzie Księgę, którą one z taką trudnością czytały, one jednak lepiej znały Tego, o którym głosi Księga! Bóg zaczął przez to przybliżać mu nowy temat wiary: Na czym polega tajemnica przynoszenia owocu. Przypomniał sobie Słowo Pana: "Beze mnie nic uczynić nie możecie" (Jan 15,5).

"Daj, a będzie ci dane!"

Wkrótce otrzymał nową lekcję od Boga: żeby we wszy-stkich sprawach materialnych zaufać tylko Jemu! A w na-stępstwie tego przeżycia, Bóg objawił Mu sposób Swego działania w sprawach materialnych Watchman Nee przeka-zał to potem słowami: "Daj, a będzie ci dane!".

Poznanie tajemnicy kierownictwa Bożego w sprawach materialnych określiło całą resztę jego życia. Rozwijając da-lej tę myśl wyznał, że nigdy nie powinno się oznajmiać innym ludziom własnych potrzeb finansowych, nawet gdyby przez to miało się utracić przyjaciół. Należy ufać tylko Bogu, a On zatroszczy się o zaspokojenie naszych potrzeb. Ponadto -poza prostym ugoszczeniem - zwłaszcza pracownicy Króle-stwa Bożego nie powinni niczego przyjmować od pogan, aby sprawa Boża nie była w czymkolwiek uzależniona od grzesz-ników (por.Łk.6,38; Jan 3,7). Wkrótce Watchman Nee miał sposobność we, własnym życiu sprawdzić działanie metody Bożego postępowania w sprawach materialnych.

Społeczność misyjna w Kienningu zaprosiła go na zgro-madzenia ewangelizacyjne. Miał około 30 dolarów, a podróż statkiem motorowym kosztowała prawie 80. Lecz zanim udał się w podróż, jakiś duchowny z Fuczou znalazł się w kłopo-tach finansowych i szukał pomocy. Pewnego dnia Bóg zwrócił jego uwagę, by zatroszczył się o tego kaznodzieję i żeby wspomógł go finansowo. Z uczuciem niepokoju Watchman Nee posłał mu przez kogoś 20 dolarów. Następnego dnia miał udać się w podróż, lecz jego własne zasoby finansowe nie uległy cudownemu pomnożeniu. Z 10 dolarami w kieszeni wyruszył do przystani portowej. Idąc modlił się: "Panie, nie proszę Cię o pieniądze, lecz o to, żebym jakoś mógł dotrzeć do miejscowości Czien-O". Gdy znalazł się w porcie, nie-spodziewanie został zagadnięty przez właściciela jakiegoś małego parowca o cel podróży. Ze zdumieniem dowiedział się, że może pojechać do Czien-O małym rzecznym parowcem za sumę 7 dolarów. Był, tak zdumiony i poruszony tym wy-darzeniem, że nawet nie wiedział, jak znalazł się na pokła-dzie statku. Mógł podróżować, a ponadto Bóg sprawił, że mały parowiec nie podlegał niezliczonym kontrolom celnym i był również mniej narażony na napaść bandytów, którzy grasowali na rzece. Z łaski Bożej mógł dotrzeć do celu po-dróży.

W Czien-O głosił Słowo Boże podczas 14-dniowej ewan-gelizacji, a Pan pobłogosławił go i przyznał się do zwiasto-wanej Ewangelii. Wiele ludzi przeżyło odnowienie swojej wiary i życia. Z posiadanych pieniędzy zostało mu tylko półtora dolara. Przy końcu jego pobytu w Czien-O jeden z diakonów Zboru, Hugh Philips, wyraził radość z tego po-wodu, że jego zwiastowanie przyniosło błogosławieństwo wielu wierzącym. Ponadto wyraził pragnienie, by mógł uczestniczyć w wydatkach związanych z jego podróżą. Nie-spodziewanie dla siebie samego Watchman Nee odpowiedział diakonowi: "To nie jest potrzebne; cała podróż jest opłaco-na". Kierowało nim jasne przekonanie, że nie powinien ko-rzystać z pomocy finansowej jakiejś misji, i był zupełnie pewny, że Bóg zatroszczył się o wszystkie sprawy jego po-dróży. Następnego dnia, gdy szedł do przystani portowej, towarzyszył mu jeden z wielu nowo poznanych chrześcijan. Po drodze modlił się do Boga: "Panie, Ty nie możesz mnie zawieść!". W połowie drogi do portu obydwu idących do-gonił posłaniec od diakona H.Philipsa, i doręczył list. W ko-percie znalazł poselstwo następującej treści: "Mimo, iż Twą podróż ktoś pokrył, to jednak pozwól, by Twój starszy brat mógł osobiście mieć choćby skromny udział w kosztach związanych z podróżą. Zechciej więc przyjąć ten skromny dar, który załączam".

W tym wydarzeniu poznał rękę Pana i przyjął ten za-datek braterskiej przyjaźni. Przekazana kwota była znacznie większa niż potrzebował na bilet powrotny. Do domu wracał tym samym malutkim parowcem, za tę samą cenę i w tej samej kabinie. Nawet podróż trwała krócej, ponieważ statek płynął z prądem rzeki Min. Po przybyciu do Fuczou jeszcze bardziej umocnił się .w przekonaniu, że pomoc finansowa udzielona potrzebującemu bratu była koniecznością życiową. Nowe przeżycie Bożego kierownictwa w sprawach material-nych napełniło go wdzięcznością i radością. Nieco później swoje przeżycie opisał w następujący sposób: "Boża zasada nie wyraża się w słowach: Oszczędzaj, a będziesz bogaty! Nie. Boża zasada brzmi: Dawaj, a będzie ci dane miarą do-brą, natłoczoną, potrzęsioną i przepełnioną"! (por. Łk. 6,38).

Odsunięcie od służby - po raz pierwszy

Bóg uczył go ciągle. Wkrótce otrzymał nową lekcję. Wszystkie szczegóły tej sprawy nie są dotychczas zupełnie wyświetlone. Ale jest faktem, że Watchman Nee został od-sunięty od pracy ewangelizacyjnej przez grupę starszych współpracowników, którzy razem z nim brali udział w zwia-stowaniu Ewangelii. Na czele tej grupy stali, jak wspomina-liśmy, Leland Wang, John Wang i inni. I jakiekolwiek mo-gły być przyczyny tego posunięcia, jedno wydaje się być pewne, że do tej decyzji. mogło doprowadzić również to, że Watchman Nee pragnął w zwiastowaniu Ewangelii oprzeć się wyłącznie na zasadach biblijnych. Natomiast jego do-tychczasowi współpracownicy mieli w tej sprawie odmienne zdanie.

Skutkiem tego przeżycia było jego wyznanie, że Bóg sam jest realizatorem każdej pracy i dlatego należy ją na-zwać Jego pracą. Bóg jest także celem każdej pracy w Kró-lestwie Bożym. Ludzie chętnie wkraczają w nią i nawet łatwo powtarzają słowa, że "Bóg jest początkiem i końcem pracy ewangelizacyjnej", ale, że jej "środek" zostawia do wy-konania człowiekowi, który - oczywiście - powinien liczyć tylko na Boga, nie działać sam, być Jemu posłuszny, itd., itd... W nawiązaniu do tego tematu Watchman Nee dodał, że wła-śnie w tym tkwi główna przyczyna błędów popełnianych przez chrześcijan. Fałszywość tej motywacji i sposobów po-stępowania wyraził słowami:

"Jeśli spostrzegamy jakiegoś utalentowanego człowieka, zwłaszcza zdolnego do kaznodziejstwa i działania, i jeśli do-datkowo zna się on także na administrowaniu, sądzimy wów-czas: O, jakąż korzyścią może stać się taki człowiek dla sprawy Chrystusowej. Lecz podstawowy błąd polega na tym, że chrześcijanie nie zwracają się w tej sprawie przede wszy-stkim do Pana, do Głowy Kościoła". Sprawę kompletacji pra-cowników Bóg rezerwuje wyłącznie dla Siebie. A jeśli ktoś nie rozumie, że praktyczne realizowanie woli Bożej jest naj-ważniejsze w życiu chrześcijanina, a tym bardziej w sprawie powoływania ludzi do pracy, ten nie wiele jeszcze pojął ze spraw Królestwa Bożego.

Boża odpowiedź

Podczas kolejnej konferencji noworocznej Watchman Nee zebrał swe doświadczenia na temat pracy dla Pana i przedstawił je w formie studium biblijnego o Arce Przy-mierza - jako świadectwie działania Boga. Na przykładzie ksiąg Mojżeszowych i Księgi Jozuego zrozumiał, że obecność Arki Przymierza - symbolizującej Tron Boga wśród ludu -była jedyną przyczyną zwycięstwa pod Jerycho. Potem, gdy lud Boży ponownie znalazł się w upadku i w niewoli, Arka Przymierza stała się przyczyną nieszczęść dla tych, którzy ją lekceważyli.

Nurtowało go pytanie: "W jaki sposób Bóg może dzisiaj znaleźć pracowników, którym mógłby zupełnie zaufać?" Od-powiedź na tę kwestię otrzymał, gdy zaczął analizować za-wartość Arki. Mieściła ona w sobie: tablice Przymierza, ukry-tą mannę i laskę Aaronową, która zakwitła. Laska ta symbo-lizowała śmierć i zmartwychwstanie i świadczyła, że każdy sługa Boży, który chce kroczyć Jego drogą, musi przynosić owoc. Watchman Nee poznał i zaczął wyznawać: "Nie wy-konujemy dzieła Bożego jeśli tylko rozglądamy się wokół, patrząc, gdzie są otwarte drzwi do pracy lub też, gdzie istnie-ją sprzyjające okoliczności do pełnienia służby. Bardzo czę-sto z powodu nowego życia, którego żaden człowiek sam z siebie nie może wytworzyć - czego symbolem jest za-kwitnięcie laski Aaronowej - trzeba w cierpliwości przeżyć, przetrzymać ciemną noc. Chodzi o to bowiem, by przede wszystkim posiadać usposobienie Jezusa Chrystusa. Gdy On szedł na Krzyż, widział zmartwychwstałe życie 1 A przecież "sługa nie jest większy niż Jego Pan"

Wspomnieliśmy już poprzednio, że w tym czasie po-ważnym problemem w jego życiu stało się rozejście z grupą dawniejszych współpracowników. Zarówno Wang Cai (Le-land Wang) jak i John Wang sprawiali imponujące wrażenie jako pracownicy ewangelizacyjni. Obaj byli nawróconymi oficerami, którzy pełnili przedtem służbę w marynarce wo-jennej i ludzie wiele sobie po nich obiecywali. Mogli też być łatwo przyciągnięci przez pierwszą lepszą organizację ko-ścielną - "kościelny establishment". I tak się zresztą stało z Wang Cai'em. Na krótko przed ostatecznym jego rozsta-niem się z Watchmanem Nee, został w Szanghaju formalnie ordynowanv przez zachodnich misjonarzy.

Watchman Nee z kolei z trudnością przystawał do obie-gowych poglądów na temat "pracy dla Pana". To stało się przyczyną polecenia wydanego przez społeczności misyjne, by na przykład nie dopuszczać studentów do udziału w pro-wadzonych przez niego zgromadzeniach przebudzeniowych. Pewien misjonarz rozpowszechniał o nim zniesławiającą opi-nię, że Watchman Nee - to "diabeł i oszust".

Upłynęło wiele czasu, zanim niektórzy wśród jego prze-ciwników przyznali się, dlaczego wówczas odsunęli się od niego. Dopiero po latach wyznali: "Bardzo głupio postąpili-śmy. Powodowała nami zazdrość, ponieważ brat Nee był bar-dziej utalentowany niż my".

W tym czasie Watchman Nee przeniósł się do miejsco-wości Ma-Szien, położonej niedaleko Pagody - port daleko-morski u ujścia rzeki Min. To miejsce stało się punktem wy-padowym rozpoczynającym nowy etap pracy ewangelizacyj-nej. Więcej uwagi poświęcał także, wychodzącemu dotych-czas nieregularnie, czasopismu "Przebudzenie".

W okresie przygotowawczym do kolejnej konferencji noworocznej, która miała się odbyć w styczniu 1925 roku w Fuczou, Wang Cai (Leland Wang) przekazał mu wiado-mość, że jego udział w konferencji jest niepożądany. Spra-wiło mu to dotkliwy ból, utracił spokój i odwagę. Zupełnie załamany zwrócił się o pomoc do misjonarki, s. Margaret Barber. Ona jednak ani nie próbowała mu niczego tłumaczyć, ani podtrzymywać go na duchu. Ale jej milczące współczu-cie i modlitwa pozwoliły mu zrozumieć, że bardzo przejęła się tą sprawą.

Następnie odnalazł Faithful Luke'a, który utrzymywał słabe kontakty z grupą braci z Fuczou. On także był przy-gnębiony z powodu ich decyzji o zerwaniu społeczności z Watchmanem Nee. Osamotniony Watchman Nee był go-tów w każdej chwili przyznać się do popełnionych błędów, by przywrócona została dawna społeczność, lecz sytuacja była nie do naprawienia. Gdy Faithful Luke i Watchman Nee trwali w modlitwie i szukali woli Bożej, któregoś dnia otrzy-mali wyraźną odpowiedź od Boga: "Zostawcie Mnie wasz problem! Idźcie i głoście Ewangelię!" Okazali posłuszeństwo Bogu i poświęcili się pracy misyjnej we wsi Mei-hwa, a przez ich posłuszną wiarę Bóg objawił swoją cudowną obecność pośród zdemonizowanych pogan, tak, że wielu z nich nawró-ciło się. Współpraca z Lelandem Wangiem, Johnem Wan-giem i innymi nigdy nie została nawiązana. Bóg poprowadził W. Nee inną drogą...

Gdy Pan odwołał ich od tej pracy, nowo nawróceni po-ganie zostali powierzeni pod opiekę duchową misji chrześci-jańskiej, która prowadziła swą pracę w tym rejonie Chin. Watchman Nee i jego nowi współpracownicy przeżyli łaskę Bożą i utwierdzili się w świadectwie, iż przede wszystkim mają pokornie szukać Pana i trzymać się Go jak najbliżej, a wówczas mogą wszystkie swoje troski spokojnie składać na Niego.

Służba - blisko i daleko

Dla Watchmana Nee nastał okres wielkiego rozwoju du-chowego. Był to także czas przeznaczony na wypróbowanie we własnym życiu podstawowych zasad "pracy dla Pana". Dostrzegał konieczność dobrego i dokładnego przygotowy-wania się do pracy i sporządził sobie dokładny program stu-diów. Zrozumiał, że dla Boga osoba kaznodziei jest tak samo ważna jak działalność kaznodziejska. Najpierw w kaznodziei Bóg chce wypracować takie cechy charakteru, które on po-tem będzie mógł innym przekazywać, jako poselstwo Ewan-gelii.

W. Nee poświęcał również wiele uwagi studiowaniu i medytacji Słowa Bożego, czytaniu dobrych komentarzy bi-blijnych, (np. Alford i Westcott), oraz poznawaniu biografii słynnych ludzi wiary, jak: Luter, Knox, Jonathan Edwards, George Whitefield, Dawid Brainerd. Studiował także prace takich autorów jak: Andrew Murray, F. B. Meyer, Charles E. Finney, Evan Roberts, Otto Stockmayer, Jessie Penn Lewis i in. Zaczął szczegółowo badać dzieje wielkiego przebudze-nia duchowego, które Bóg darował w Walii - w latach 1902-1904.

Gdy zdrowie i czas mu pozwalały, przygotowywał stu-dia biblijne, tłumaczenia i streszczenia artykułów i książek o treści budującej, które następnie drukował w czasopiśmie "Przebudzenie". Było ono rozpowszechniane bezpłatnie, a po-nieważ docierało do czytelników mieszkających poza pro-wincją Fukien, Watchman Nee otrzymywał liczne zaprosze-nia od Zborów i chrześcijan. I tak w naturalny sposób za-czął rozszerzać się krąg jego kontaktów, umożliwiając mu docieranie do wielu ludzi ze świadectwem o Panu Jezusie Chrystusie.

W tymże czasie wspólnie ze swoją matką, Lin Huo-ping, która pracowała jako podróżująca ewangelistka udał się po raz pierwszy w swej służbie kaznodziejskiej w podróż przez Singapur do Sitiawan na Malajach. Bóg pobłogosławił ich służbę.

Watchman Nee głosił Słowo Boże jasno i prosto. Drogę zbawienia prowadzącą do Pana, i za Panem, wskazywał w wyrazisty sposób. Było to ważne, ponieważ wielu Chiń-czyków starało się własnym wysiłkiem - przez dobre uczyn-ki - osiągnąć zbawienie. W tych dążeniach niewiele różnili się od buddystów.

Zwiastowane przez niego Słowo o usprawiedliwieniu z łaski przez wiarę, niezależnie od własnych dobrych uczyn-ków, i o tym, że Boże życie jest wolnym darem łaski, było dla wielu słuchaczy zupełną nowością.

Angus I. Kinnear pisze o tym w następujący sposób: "Watchman Nee nie zatrzymywał się przy zwiastowaniu Ewangelii o usprawiedliwieniu [...] Gdy podczas zgromadze-nia świadczył, że zmartwychwstały Zbawiciel musi stać się prawdziwym życiem człowieka, i tylko w ten sposób może każdy mieć nadzieję na prowadzenie życia zgodnego z wolą Bożą, to myśl ta była czymś zupełnie nowym dla ludzi, któ-rzy pojmowali Ewangelię tylko jako gwarancję wiecznego zbawienia... Przyjmij Zbawiciela, a potem zapomnij o Nim, i postępuj zgodnie z ludzką filozofią życia - rozpowszech-niano takie poglądy i z tego powodu w wielu tzw. 'domach chrześcijańskich' naukom Konfucjusza i Meng-ce poświęca-no taką samą uwagę, jak Biblii".

Jakże dalece odbiegało to od owoców nowego życia! Jak mało miejsca dawano mieszkającemu w nich Duchowi Świę-temu! Ale właśnie na Duchu Świętym oparł się Watchman Nee. Na Nauczycielu tych, którzy nie mają poznania i bar-dzo mało albo nic nie wiedzą - wspomina o nim Angus Kinnear.

Ewangelia zmienia życie ludzi

Watchman Nee starał się, żeby w osobistym życiu i wszelkiej pracy opierać się wyłącznie na Bogu. Żeby do końca wyeliminować niszczycielskie działanie własnej, nawet najlepszej aktywności dla Pana. Nie przychodziło mu to ła-two, lecz pragnął i szukał!

Pan znowu zdarzył mu coś nowego. Zetknął się z pew-nym chrześcijaninem imieniem Czen, który był z zawodu krawcem. Ten człowiek uwierzył, że końcowe wiersze osta-tniego rozdziału Ewangelii św. Marka powinny znaleźć od-dźwięk w życiu ludzi wierzących, i w swojej wsi zaczął mo-dlić się nad chorymi. Jego wiara została potwierdzona przez cudowne wyzdrowienie jednego z sąsiadów. W swej pracy zawodowej Czen starał się być - po prostu - wiernym świadkiem Jezusa Chrystusa.

To przeżycie mocno poruszyło Watchmana Nee i spra-wiło, że został uwolniony od różnych osobistych problemów. Złożył świadectwo, że po swoim nawróceniu przeżywał pa-niczny lęk przed rozmowami i kontaktami z ateistami lub modernistami (to znaczy ludźmi, którzy tłumaczą Biblię w tzw. "nowoczesny" sposób), gdyż bał się, że zdołają go łatwo przekonać, iż Słowu Bożemu nie można całkowicie za-ufać, a w rezultacie utraci swoją wiarę w Boga. Lecz spotka-nie z chrześcijaninem imieniem Czen oraz jego świadectwo o realnym działaniu Boga w życiu wierzących sprawiło, że odzyskał wewnętrzną pewność. Od tej pory wyznawać mógł w każdych okolicznościach, iż rozumie, na czym polegają argumenty i zastrzeżenia ludzi wykształconych, ale jemu sa-memu wystarcza to, że "poznał Boga i Jego działanie!"

W innej wsi jakiś nowo nawrócony rolnik miał inne do-świadczenie. Jego uprawy ryżowe, położone na tarasowym stoku wzgórza, ciągle były narażone na zniszczenie, gdyż złośliwy sąsiad wypompował wodę z jego pola na swoje. Zrozpaczony chrześcijanin poszedł po radę do innego wie-rzącego i wszystko mu opowiedział. Ten ostatni wysłuchał go cierpliwie, pomodlił się z nim, i poradził mu, żeby spró-bował "iść drugą milę" ze złośliwym sąsiadem - zgodnie ze Słowem Pana. Przypomniał mu, że jeśli czynimy tylko to, co do nas należy, to jesteśmy nieużytecznymi sługami. Przecież mamy czynić dużo więcej ponad nasze zwykłe powinności!

Poszkodowany rolnik poszedł następnego dnia do pracy. Całe przedpołudnie pompował wodę na pole złego sąsiada, a po południu nawodnił własną działkę. Gdy następnego dnia zły sąsiad przyszedł na swoje poletko i znalazł je nawodnio-ne, stanął oniemiały. Udał się do wierzącego i uprzejmie po-prosił o wyjaśnienie, dlaczego tak postępuje. Gdy chrześci-janin złożył mu świadectwo o woli Pana Jezusa, w rezulta-cie także został chrześcijaninem.

Bóg kierował Watchmana Nee do ludzi, którzy serio traktowali Biblię i tworzyli społeczność prawdziwie wierzą-cych w Pana. Wśród nich zaczął dostrzegać to, na czym po-lega istota Kościoła Bożego na ziemi i świadectwo Ducha Świętego pośród pogan. Zaczął się przekonywać i wyznawać, że każde dziecko Boże może być świadectwem o tym, że moc Ewangelii zmienia życie ludzi.

"Stare bukłaki"

W Fuczou dominującą pozycję zajmował Kościół angli-kański. Okazały budynek parafialny zbudowany z czerwonej cegły, stojący w centrum miasta, był oficjalnym symbolem chrześcijaństwa>>. Raz w tygodniu, w niedzielę przed po-łudniem, zbierało się w nim miejscowe 'towarzystwo'. Nale-żeli doń cudzoziemcy oraz chińscy urzędnicy, kupcy i przemysłowcy. Nabożeństwo odprawiał kapelan brytyjskiej ma-rynarki wojennej, a wszystko odbywało się w przepisowym stylu, odpowiadającym formom i uczuciom religijnym zgro-madzonych. Po tradycyjnej godzinie spotykano się na her-batce. Przy tej okazji ustalano cenę tego surowca na najbliż-szy czas. Pozostałą część "dnia Pańskiego" spędzano na róż-nych przyjemnych rozrywkach w pomieszczeniach klubu brytyjskiego.

Na peryferiach miasta i w okolicy było wiele mniej-szych Zborów. Był to owoc wieloletniej mozolnej pracy po-święconych Bogu misjonarzy, kaznodziejów i diakonów. Zbo-ry te, członkowie i pastorzy, składały się prawie wyłącznie z Chińczyków. Ale również w nich, jak i w kościele "cen-tralnym" - stojącym w środku miasta - obowiązywała jed-nolita struktura życia religijnego. Było ono odwzorcowaniem stosunków obowiązujących na tzw. "chrześcijańskim Zacho-dzie". "Laicy" odgrywali tu rolę bierną, a wszystkie "obo-wiązki duchowne" mogli wypełniać tylko ordynowani du-chowni. Na czele długiego łańcucha stopni hierarchicznych stał zagraniczny biskup. Zborom ciągle brakowało duchow-nych, a ci, którzy pełnili urzędy, byli przeładowani pracą ponad miarę. Większość z nich miała obowiązek obsługiwa-nia kilku lub kilkunastu Zborów i stacji kaznodziejskich znajdujących się w okolicy. Ponadto wszędzie działało mnóstwo sekt.

Gdzie są "nowe bukłaki"

Watchman Nee pragnął odnaleźć drogę do Kościoła w kształcie nowotestamentowym. Dlatego uwagę jego zwró-ciła działalność ruchów przebudzeniowych. Ich członkowie starali się szukać i podporządkowywać woli i kierownictwu Boga w każdej dziedzinie życia. Nie czuł się w tym również osamotniony. Wielu z młodszego pokolenia chrześcijan, rów-nież szukało rozwiązania tego ważkiego problemu: "Jak zna-leźć drogę powrotną do klarownej prostoty Kościoła Nowego Testamentu, odpowiadającego woli i duchowi służby Chry-stusa."

Ale był też świadom niebezpieczeństw kryjących się w każdym żywszym ruchu chrześcijańskim, odrzucającym martwotę kościelną Niebezpieczeństwa te polegały na prze-rodzeniu się w ruch nacjonalistyczny, sekciarski i antymi-syjny, potępiający wszystkie Kościoły i misje chrześcijań-skie. W rezultacie więc taki ruch mógł stać się ruchem anty-chrystusowym. Dlatego z troską i uwagą studiował chrze-ścijańską literaturę poświęcając czas zwłaszcza pracom Go-vetta, Pantona i starszego od nich J. N. Darby'ego. Właśnie książki Darby'ego, który złożył urząd pastorski w Kościele anglikańskim, by służyć Bogu w prostocie wiary, wywarły na nim wówczas wielkie wrażenie. Jego zainteresowanie zwrócił także niezależny ruch przebudzeniowy, który przy-ciągał uwagę szczególnie wielu chińskich pastorów. Zbory należące doń nosiły nazwę: "Prawdziwy Kościół Jezusa" (Czen Jesu Cziao).

"W Królestwie Bożym wszystko zależy od duchowej rangi i jakości wysyłanych pracowników i nowo narodzo-nych" - podkreślał Watchman Nee. "Jakość duchowa", "du-chowa ranga" ludzi wierzących - ta myśl stała się szczegól-nie bliska jego sercu. W osiągnięciu tego, ale z pominięciem fałszywych ścieżek nacjonalizmu i sekciarstwa, upatrywał praktyczny cel chrześcijaństwa.

"Zdobyć Chiny dla słowa żywota!"

W tym czasie nacjonalizm objawił się jako swoiste "wy-znanie wiary" chińskiej młodzieży. W latach 1925-28 uwi-doczniło się przede wszystkim wśród studentów. Młodzież z aplauzem podjęła skierowane do niej hasło: "Wy jesteście przyszłością narodu!" W tych czasach rozkwitłego nacjona-lizmu młodzieży, jeden z członków jego rodziny, Nee Szeng--cu, utracił życie w jakiejś demonstracji ulicznej. Demon-strowano przeciw wszystkiemu, co "obce". Do tych zwalcza-nych autorytetów zaliczono również wszelkiego rodzaju mi-sje chrześcijańskie działające w Chinach. W tym czasie zmarł w Pekinie pierwszy prezydent republiki chińskiej dr Sun Jat Sen (12.03.1925). Na fali niepokoju pojawił się i zaczął wy-kazywać wielką żywotność "Alians antychrześcijański". W rezultacie, w roku 1927, ewakuowani zostali wszyscy mi-sjonarze chrześcijańscy. Przeniesiono ich z głębi kraju do miast położonych na wybrzeżu. Latem 1927 r., spłonął budy-nek kolegium pw. Świętej Trójcy,. którego uczniem był przed laty Watchman Nee, a w roku następnym - nowy internat szkolny.

Na początku roku 1926 Watchman Nee poznał grupę mi-sjonarzy chrześcijańskich żywo wyznających Jezusa Chry-stusa. Najpierw współpracował z nimi na południu prowincji fucieńskiej, a następnie przeniósł się do Nankinu, gdzie mie-ścił się ośrodek wydawniczy i drukowano czasopismo "Du-chowe światło". I w tym chciał być posłuszny Bogu, który mu powiedział: "Idź i zdobądź trochę doświadczenia w pracy wydawniczej"

W Nankinie działało wówczas sporo instytucji misyj-nych. Cieszył się, że mógł nawiązać kontakt z wieloma ludź-mi wierzącymi. I właśnie wówczas, w Nankinie, pojawiła się w nim myśl, żeby "zdobyć Chiny dla Słowa Żywota!" Zaczął rozumieć, że czasy zamieszek i rozruchów będą wywoływać głód i poszukiwanie prawdziwych wartości szczególnie wśród młodszego pokolenia Chińczyków, którzy na początku byli skłonni zwrócić się ku chrześcijaństwu, lecz przeżyli rozcza-rowanie, gdy zetknęli się z "oficjalnym Kościołem". Jak wyjść im naprzeciw, jak im dopomóc - ta myśl nie opusz-czała go.

Po niedługim czasie odwiedził Szanghaj. Spotkał tu wie-lu czytelników wydawanego przez siebie czasopisma "Chrze-ścijanin", które zastąpiło dotychczasowe "Przebudzenie". Po raz pierwszy w życiu zwrócił swą uwagę na Szang-haj. Przyszła mu na myśl, że Szanghaj mógłby stać się świe-tną bazą operacyjną do ewangelizacji Chin. Miasto, swoim charakterem, przypominało biblijny Korynt. Mówiono o nim: "Jeśli Bóg zachowuje Szanghaj, to chyba powinien się uspra-wiedliwić z tego powodu, że zgładził Sodomę i Gomorę!" Miasto było gospodarczym, przemysłowym i finansowym centrum kraju. Czy któregoś dnia nie należałoby się tu przenieść - rozmyślał. Ale nie miał też zamiaru sam zrobić najmniejszego kroku w tym kierunku; czekał na Boże kie-rownictwo.

Nowy okres, który zaczął się w jego życiu; jak zawsze i tym razem, był trudny. Od wczesnych miesięcy roku 1926 odczuwał duchowe ożywienie, chociaż zaczął niedomagać fizycznie. Pojawił się uporczywy kaszel, który nie opuszczał go, stał się bardzo wrażliwy na zimno, w nocy często się pocił. W Szanghaju udał się do lekarza. Badanie i analiza zdjęć rentgenowskich ujawniły poważną chorobę płuc; jedno płuco było zajęte w całości, drugie - częściowo. Zdał sobie sprawę z tego, że jego życie "wisi na włosku".

Na statku, wracając do domu, ponownie zwrócił się do Boga. Z absolutną szczerością zaczął przepatrywać wszystkie motywacje swojego działania. Jednego pragnął i to opano-wało całą jego istotę: Chciał być czysty przed Bogiem! Upo-korzył się przed Nim ponownie, wyznając wszystkie swoje grzechy. Pragnął być dla Boga!

Gdy powrócił do swojej chatki w Ma-Szien (Maihsien) nastał bardzo trudny okres w jego życiu. Wszystko wyda-wało mu się pozbawione treści i celu. Zmobilizował się więc do wytężonej pracy pisarskiej. Przypomniał sobie pewną za-niechaną ideę sprzed trzech lat. Odszukał notatki i zaczął pisać. Skoncentrował się nad tematem, który wydał mu się najważniejszy. Sformułował go następująco: "Człowiek Boży według ducha, duszy i ciała". Pokonując trudności wewnętrz-ne i opór osłabionego chorobą organizmu, z zapałem praco-wał. Skoro Bóg miał zamiar zabrać Go do Siebie - rozmy-ślał - to powinien przedtem utrwalić na papierze wszystkie cenne doświadczenia i myśli. W tym odnajdywał jedyną chęć do życia. Jednak choroba wzmagała się. I doszło do tego, że nic nie mógł robić. Nie potrafił nawet zebrać myśli Obezwładniała go gorączka. Nie mógł nic.

Zamknął więc dom na kłódkę, zabrał Biblię i rękopis za-czętej pracy, i udał się do swego przyjaciela Faithful Luke'a. Przyjaciel zajął się nim troskliwie. Umieścił chorego w ma-łym pokoju na niewielkim polowym łóżku i wraz z innymi wierzącymi starał się o lekarstwa i jedzenie, zwłaszcza o mle-ko. Watchman Nee złożył swój los w ręce Boga.

Czas dłużył mu się niezmiernie, choroba utrzymywa-ła się, ubywało mu sił. Tęsknił za tym, żeby Bóg go uzdro-wił - wyznaje o nim Faithfull Luke. Lecz nic takiego się nie stało. "Ukórzcie się pod mocną ręką Boga...", czytał z mo-dlitwą, lecz brakowało mu odwagi, by słowa te dopowiedzieć do końca: "...aby was wywyższył czasu swego" (por.1Ptr.5,6). Wspominając później ten okres swego życia, powie-dział: "Byłem dwa miesiące w szatańskich szponach"!

Choroba, osłabienie, pragnienie bycia dla Boga sprawi-ły, że ponownie zaczął o wszystkim rozmyślać. Na nowo ba-dał swe motywy i pragnienia, szukał ukrytych grzechów, z powodu których szatan miałby prawo do oskarżenia go przed Bogiem.

W czasie choroby regularnie odwiedzała go misjonarka s. Margaret Barber, i niezmiennie składała mu jedno świa-dectwo: "Chrystus jest Zwycięzcą" Watchman Nee starał się i ze wszystkich sił pragnął potwierdzić to wyznanie, ale brakło mu odwagi. Wreszcie nadszedł dzień, kiedy razem z nią mógł wyznać: "Chrystus jest Zwycięzcą!" Jednak i te-raz żaden cud się nie zdarzył, nie podniósł się z choroby, chociaż jego stan zdrowia trochę uległ zmianie, tak, ze mógł na nowo podjąć pisanie. Wytężał swoje wszystkie siły, by wypełnić spoczywający na nim obowiązek, żeby dać świadectwo Prawdzie! Pierwszą część zaplanowanej pracy ukończył po kilku miesiącach. Dokonał w niej drobiazgowej analizy trudnego zagadnienia biblijnego, mianowicie, w jaki sposób Boże dzieło zbawienia rozwija się w duchu, duszy i ciele wierzącego człowieka. W załączonej przedmowie pracę swoją określił mianem "psychologii biblijnej". Jednocześnie jednak ostrzegał swoich czytelników, żeby nie uprawiali samoanalizy w oderwaniu od zupełnego poświęcenia się Chrystusowi. Choroba i cierpienie nauczyły go wielu rzeczy. Na wiosnę, mimo że nie czuł się jeszcze zbyt dobrze, zawiózł swój rękopis do Szanghaju. Spotkał się z siostrą Ruth Lee, która podjęła się zrobienia korekty stylistycznej jego książki. Dzieło to postanowiono wydrukować w jęz. mandarin. Jest to jeden z dialektów północno-chińskich, który z czasem zaczął przejmować funkcję języka ogólnonarodowego. W kraju w dalszym ciągu trwały zamieszki W Nankinie, podczas rozruchów, poniosło śmierć kilku chrześcijańskich misjonarzy. Stacjonowały tutaj oddziały wojskowe, a w nowym rządzie funkcję kierowniczą sprawował Czang-kaj-szek.

Śmierć i życie z Chrystusem

W czasie pobytu w Szanghaju Watchman Nee przeżył coś nowego z Bogiem. Oto jego świadectwo na ten temat.

Po moim nawróceniu pouczono mnie, że człowiek wie-rzący umarł dla grzechu i żyje tylko dla Boga. Wierzyłem w to od roku 1920 do roku 1927, i im bardziej zabiegałem o to, by żyć tak naprawdę, tym częściej napotykałem w swoim życiu grzech. Zwróciłem się do Boga z prośbą, żeby mi wyjaśnił, co znaczą słowa: "Z Chrystusem jestem ukrzy-żowany". Doszedłem też do wniosku, że Bóg nigdzie nie mówi: "Ty musisz dać się ukrzyżować", lecz mówi: "Jesteś ukrzyżowany!" Jednakże ja nie mogłem tak zaświadczyć o sobie, nie kłamiąc. Wobec tego doszedłem do wniosku, że tak twierdzić o sobie mogą tylko obłudnicy. Lecz za każdym razem, gdy szukałem pomocy u innych, moją uwagę zwra-cały słowa z Listu do Rzymian 6.1n; (por. 1 Kor. 1.30; Gal.2,20).

Potwierdzałem, że są prawdziwe, ale nie mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego nie widać ich skutków w moim ży-ciu. Nikt jednak nie waśnił mi tego, że "wiedzę" o tym, że Chrystus już więcej nie umiera, musi poprzedzać "zaufa-nie", że my razem z Nim żyć będziemy. Żyłem w niepokoju przez wiele miesięcy, szczerze modliłem się, czytałem Pismo Święte i szukałem poznania, które by wyjaśniło mój pro-blem. Wyznałem Panu: Jeżeli nie mogę zrozumieć wyjaśnie-nia tego podstawowego problemu, to nie chcę być kazno-dzieją. Ja sam najpierw muszę mieć dokładne poznanie.

Gdy pewnego czasu czytałem ten fragment biblijny, zwróciłem się do Boga z modlitwą: Panie, otwórz moje oczy! I wtedy zostałem olśniony jakby światłem błyskawicy! Prze-czytałem w I Liście do Koryntian (por. 1,30): Ale my dzięki Niemu (Bogu) jesteśmy w Chrystusie Jezusie. To było zdu-miewające! Jeżeli Chrystus umarł (a to jest faktem) i jeżeli ja jestem przez Boga w społeczności z Jezusem Chrystu-sem - to i ja muszę być umarły! Tak nagle pojąłem moją wspólnotę losu z Chrystusem Jezusem: Byłem w Nim, i gdy On umarł i ja także umarłem. Moje związanie z grzechem należy do przeszłości i. nie łączy się z przyszłością.

Pełen radości zerwałem się z krzesła, zbiegłem po scho-dach do kuchni, gdzie pracował jakiś młody brat. "Bracie" -zawołałem chwytając go za ręce - "czy wiesz, że ja umar-łem"? Przyznaję, że gdy patrzył na mnie, był zakłopotany. "Co masz na myśli"? - spytał. "Czy wiesz, że Chrystus umarł? I czy wiesz, że ja z Nim umarłem? Czy wiesz, że moja śmierć jest faktem nie mniejszym, niż Jego śmierć"?

O moim odkryciu chciałem rozgłaszać na wszystkich uli-cach Szanghaju. Od tego dnia nigdy nie zwątpiłem w praw-dziwość tego słowa, słowa, które wszystko wyjaśnia: "Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus, a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (Gal. 2,20).

Nowy początek - czyli rozpoczynaj od małych rzeczy!

Po pewnym czasie stan jego zdrowia znacznie się popra-wił. W Szanghaju podjął na nowo pracę pisarską nad swoją książką Kierował się przekonaniem, że jest zgodne z wolą Bożą opisanie do końca Jego zbawczego działania w duchu, duszy i ciele człowieka wierzącego.

W tym czasie nawiązał też kontakt z międzywyznaniową misją chrześcijańską powołaną w celu rozpowszechniania Ewangelii w całych Chinach. Misja ta została założona w XIX wieku przez wielkiego męża Bożego, Jamesa Hudsona Taylora. Nosi ona nazwę "China Inland Mission". Watchman Nee zaprzyjaźnił się wówczas z jednym z misjonarzy - I Charlesem Juddem. Obaj odwiedzali się, modlili i wspólnie studiowali Biblię. Gdy siły pozwalały, razem z Juddem i innymi braćmi wychodzili na ulice Szanghaju, by zwiastować Ewangelię W końcu 1927 roku Watchman Nee, Ch. Judd, Ruth Lee i Peace Wang, zaczęli zgromadzać się na nabożeństwa domowe i wspólnie świętować Wieczerzę Pańską. Po kilku tygodniach Watchman Nee wynajął nieduży dom w Wen Te Li (dzielnica Szanghaju) i rozpoczął prowadzenie publicznych nabożeństw i studium biblijnego. Kierował się zasadą: "Rozpoczynaj od małych rzeczy!"

"Duchowy człowiek"

W końcu roku 1928 książka W. Nee, zatytułowana "Du-chowy człowiek", była gotowa do druku. Stało się to możli-we dzięki temu, że pisał z ogromnym zapałem i utrzymywał wysokie tempo pracy. Wspomniana książka ("Duchowy czło-wiek") jest właściwie jedną z dwóch, które sam napisał. Inne są redakcyjnym opracowaniem przygotowywanych przezeń kazań, artykułów i studiów biblijnych. Książkę "Duchowy człowiek" ocenił bardzo surowo, zarówno na samym początku jak i potem, gdy w roku 1941 przygotowywano wznowienie jej druku. Uważał również, iż umożliwia ona wgląd i pozwala prześledzić także poszczególne stopnie duchowego rozwoju autora, który w chwili ukończenia dzieła miał 25 lat.

Sala zgromadzeń w Wen Te Li mogła pomieścić mniej niż 100 osób. A jednakże w końcu roku 1928 odbyła się tutaj pierwsza Konferencja Szanghajska z udziałem wierzących z różnych wyznań ewangelicznych. Głównym jej celem była wspólna modlitwa i studiowanie Biblii. Watchman Nee był mówcą na konferencji i przyniesione przezeń zwiastowanie zostało przyjęte z uwagą. Ale wysiłek włożony w pracę -służba Słowem i praca duszpasterska - mocno wyczerpały jego nadwątlone zdrowie. Oznaki choroby odnowiły się.

Na początku 1929 roku sprawy rodzinne zmusiły go do wyjazdu do domu. Wówczas po raz ostatni odwiedził w Fu-czou s. Margaret Barber. Jej stan zdrowia był już bardzo kry-tyczny. Oczekiwała odejścia do Pana. Przekazała mu wów-czas kilka wartościowych publikacji, m.in. C. A. Coatesa, J. N. Darby'ego i T.Austina-Sparksa. W ten sposób Watch-man Nee zbliżył się duchowo do dziedzictwa angielskich "Braci Wolnych".

Choroba fizyczna utrzymywała się w dalszym ciągu i osłabione zdrowie powstrzymywało go od aktywności, do której ciągle odczuwał nieodparty pociąg.

Nie zajmuj się więcej sobą!

W Fuczou miał do uporządkowania różne sprawy rodzin-ne. Osłabione zdrowie powodowało stałą konieczność prze-bywania wśród domowników. A to z kolei posłużyło do od-nowy, do odświeżenia kontaktów i więzi rodzinnych. Ma-tka, Huo-ping, ciągle była pełna energii i bardzo zajęta, udzielając się jako podróżująca ewangelistka. Jednak bardzo martwił ją stan zdrowia syna. Nie całkiem też akceptowała jego służbę kaznodziejską. Watchman Nee miał w domu spo-ro czasu na osobistą modlitwę i wypoczynek. Wreszcie mógł pojąć, że Bóg mówi do niego: "Pozostaw Mnie sprawę twego zdrowia! Masz tylko Mi zaufać! Nie zajmuj się więcej sobą!" Jednak w praktyce był w dalszym ciągu zajęty sobą i nie zaprzestał zanosić do Boga modlitwy o swoje uzdrowienie.

Pewnego razu, w czasie spaceru nad rzeką, nagle przy-stanął. I w miejscu, w którym stał, wbił w ziemię trzymany w ręku patyk. Zawołał do Boga: "Panie, ufam Ci! Powierzam Ci wszystko!" Ale nie oddalił się nawet o kilka metrów, gdy do serca znowu wrócił znany lęk. Przerażenie było takie silne, że oblał go zimny pot. Wyobraził sobie, co się z nim stanie, gdy Bóg go nie wysłucha. Nieoczekiwanie dla same-go siebie zaczął gorąco modlić się, i prosić Boga o uzdrowie-nie. Potrzeba przeżycia uzdrowienia stała się dla niego ko-niecznością życiową. Nagle znowu przystanął. Zrozumiał, że naszła go wielka pokusa - atak diabła. Zawrócił. Doszedł do tego samego miejsca, gdzie przed chwilą wbił w ziemię patyk, i gdzie z taką ufnością modlił się. Stojąc w tym miej-scu nad patykiem wbitym w ziemię, jakby niemym świad-kiem swej ufności do Boga, ponownie wyznał: "Pozostawiam teraz wszystkie swe troski, i nie chcę więcej bać się.

Gdy wszystkie sprawy rodzinne, które sprowadziły go do Fuczou zostały załatwione, wrócił do Szanghaju. Podjął służbę kaznodziejską w sali zgromadzeń w Wen Te Li. W zwiastowaniu zaklinał swoich słuchaczy, by absolutnie zerwali ze światem i zupełnie poświęcili się Chrystusowi. W każdą niedzielę wieczorem wierzący gromadzili się, by razem obchodzić Wieczerzę Pańską.

Powoli coś zaczynało się ożywiać. Czasopismo "Chrze-ścijanin" zdobywało sobie coraz to nowych czytelników i zaczynało odgrywać pewną rolę w rozszerzaniu Ewangelii. Watchman Nee zajął się też przygotowaniem zbioru pieśni, do użytku w czasie nabożeństw. Szukał w tym celu warto-ściowych duchowych pieśni i tłumaczył je. Większość z nich pochodziła ze zbiorów używanych przez "Braci Wolnych" w Anglii. Niektóre z nich dostosował do śpiewu, a inne ukła-dał samodzielnie.

Jego stan zdrowia znacznie się poprawił i lekarze zale-cili mu dodatkowy odpoczynek w ośrodku sanatoryjnym po-łożonym w górzystej części kraju, nad rzeką Jangcy. Miej-scowość, do której wyjechał, nazywała się Kuling.

Tam podczas pobytu w górach - na nowo zanalizował całe swoje życie. Wyglądało tak, że Bóg dotknął się jego zdrowia, dlatego, że pragnął całkowicie oczyścić jego duszę i pozbawić go wszystkich egoistycznych motywów w zwia-stowaniu Jezusa Chrystusa!

Watchman Nee wyznał: "Gdy przyszedłem do Pana, wy-robiłem sobie pewien pogląd o tym, co znaczy być chrześci-janinem. Uważałem, że prawdziwym chrześcijaninem jest ten, kto od rana do wieczora chodzi z uśmiechem na twarzy, nie objawia cienia lęku w żadnej sytuacji i czyni wszystko, aby żyć zgodnie z przyjętym ideałem". Lecz przez czytanie Biblii z modlitwą, zwłaszcza fragmentu z 2Kor.4.n, w któ-rym Apostoł Paweł wypowiada głębokie myśli o swoim ży-ciu i cierpieniu, zaczął zrozumiewać tajemnicę zawartą w Sło-wie: "Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych, aby się okazało, że moc, która wszystko przewyższa, jest z Boga, a nie z nas" (por. 1,8; 2,4; 6,10). W ten sposób zaczął uczyć się z godziny na godzinę i z dnia na dzień bardziej ufać Bogu, i odnalazł na nowo spokój i odpocznienie.

Modlitwa jest wielką pracą!

Po powrocie do Szanghaju kontynuował pracę kazno-dziejską. W maju 1930 roku otrzymał wiadomość, że s. Mar-garet Barber odeszła do Pana. Tekst telegramu komunikował zwięźle: "Pan przeprowadził ją w cudowny sposób". Odcho-dząc z tej ziemi miała 64 lata. Po śmierci nie znaleziono w jej domu ani grosza. Wszystko, co posiadała, rozdała potrzebu-jącym. Watchman Nee dziękował Bogu za jej służbę i wier-ność. Kiedyś, przez całe lata nie był wstanie zaakceptować jej odizolowania się od czynnego zwiastowania Ewangelii i z największą trudnością przystał na to, że można tylko mo-dlić się i nic więcej nie robić. Ale, gdy po jej odejściu spo-tkał mnóstwo młodych ludzi, których w swoich modlitwach podtrzymywała w wierze w Pana, wtedy dopiero pojął, że wykonała gigantyczną pracę przez modlitwę! Bóg użył ją w tym celu, by wielu młodych wierzących ludzi mogło wejść w głębsze życie modlitwy i poznanie Słowa Bożego. Watch-man Nee wielbił Boga i dziękował za jej świadectwo. Wśród tych, którzy prawdziwie zostali przygotowani do zwiastowania Ewangelii, był m.in. Wang Cai (Leland Wang). Przeniósł się on do Hongkongu i Bóg bardzo go używał w zwiastowa-niu Ewangelii. W późniejszym czasie założył także towarzy-stwo misyjne do pracy w Chinach.

Na okładce mocno zużytej Biblii, która należała do Mar-garet Barber, Watchman Nee znalazł tekst modlitwy zapisa-ny jej ręką,: "O Boże, udziel mi doskonałego i zupełnego sa-mopoznania!" W tej samej Biblii odnalazł także inne jej sło-wa, które przyjął jako swoje własne: "Nie żądam niczego dla siebie, pragnę wszystkiego dla Pana!". Biblię tę przeka-zywała w testamencie Watchmanowi.

Kontakty z "Braćmi Wolnymi"

W grudniu 1930 roku Watchman Nee i John Czang nawiązali społeczność z Ch. R. Barlowem z jednej z londyń-skich społeczności, "Braci Wolnych". Ch.Barlow odbył po-dróż służbową do Szanghaju i wówczas odwiedził Kościół w Wen Te Li. W nabożeństwach i studiach biblijnych uczest-niczyło wtedy ponad 80 osób i jego uwagę zwrócił dar na-uczania biblijnego, jaki objawiał W. Nee. Zdumiał się jesz-cze bardziej, gdy dowiedział się, że ci chrześcijanie bardzo pilnie zajmowali się studiowaniem Pisma Świętego. Czytanie całego Nowego Testamentu w ciągu jednego miesiąca było tutaj czynnością zupełnie normalną; nie zdziwiło to nikogo.

W końcu 1930 roku odbyła się w Wen Te Li druga kon-ferencja szanghajska. Jeden z członków "China Inland Mission" pisał, że trwała przez 12 dni i codziennie poświęca-no prawie 4 godziny na modlitwę. Matka W. Nee napisała o konferencji: "To, co mój syn głosi, jest zbyt głębokie i nie mogę tego pojąć". Była jednak zbyt dumna, by prosić go o wyjaśnienie nieznanych prawd. Z tego powodu niewiele wyniosła ze zwiastowania. Jednakże sposób życia wierzą-cych, którzy gromadzili się tam, wywarł na niej wielkie wra-żenie.

Pieśni "Małego Stadka"

Watchman Nee starał się nie używać żadnych specjal-nych określeń konfesyjnych (wyznaniowych), jak anglika-nie, baptyści i inne, ponieważ uważał, że mają one nalecia-łości nacjonalne lub personalne. Używał raczej określeń bi-blijnych. O życiu chrześcijańskim mówił: "droga", o chrze-ścijanach - "wierzący", o miejscu, gdzie odbywały się nabożeństwa - "sala zgromadzeń". I dalej - czasopismo, któ-re drukował nosiło nazwę: "Chrześcijanin". Podobna idea przyświecała mu, gdy wydrukował zbiorek pieśni chrześci-jańskich, na użytek Kościoła zbierającego się w Wen Te Li. Teksty pieśni były początkowo notowane na luźnych kartkach, ale ponieważ gubiły się ciągle i ulegały zniszczeniu, opublikował je w małym zbiorze, który opatrzył tytułem: "Pieśni Małego Stadka". Było ich 134. Nazwa była dźwięcz-na i łatwo wpadała w ucho. Więc po pewnym czasie Kościół gromadzący się w Wen Te Li przezwano "Małym Stadkiem". I to określenie przylgnęło do nich na zawsze. I chociaż za-reagowano szybko i przygotowano następne wydanie zbioru pod zmienionym tytułem, lecz nazwa "Małe Stadko" pozo-stała! Gdy potem Bóg przyznał się do pracy W. Nee i znacz-nie ją rozszerzył, tak, że powstało wiele nowych Kościołów, nazywano je Kościołami "Małego Stadka". Jednakże oni sami nigdy jej nie używali.

Rozszerzenie społeczności z innymi wierzącymi

Niepokoje i rozruchy w życiu społecznym nie ustawały. Japończycy zajęli Mandżurię i w odpowiedzi na ten atak władze zainicjowały bojkot towarów japońskich. W rezul-tacie niebezpieczeństwo ze strony Japończyków stało się groźniejsze. Sytuację dodatkowo pogarszała powódź spowo-dowana przez rozlane wody Jangcy; powódź pociągnęła za sobą wiele ofiar śmiertelnych. W tym trudnym czasie Bóg rozszerzał w Chinach wiadomość o Swoim Synu. Watchman Nee wraz z wieloma współpracownikami zwiastował Ewan-gelię podróżując po całym kraju.

Podczas licznych podróży W. Nee poznał w Pekinie fundamentalistę, pastora Wanga Ming-tao. W Cingtau zetknął się z ruchem "darów duchowych" (Ling Ew), który rozwijał się w prowincji Szantung. Latem 1932 roku na stronicach wydawanego przez siebie czasopisma "Przebudzenie" (powró-cił do poprzedniej nazwy), opublikował serię artykułów wy-jaśniających różnicę między darowanym przez Boga "chrztem duchowym" a "znakami towarzyszącymi", do których wielu wierzących przywiązywało decydujące znaczenie. Pisał m.in.: "nie jest konieczne odczuwanie mocy pochodzącej od Ducha Świętego. Ona nie jest także w tym celu udzielana. Jedynym naszym obowiązkiem jest okazywanie posłuszeństwa Bogu."

Poznał się wówczas z Witnessem Lee. Pochodził on z rodziny wyznającej buddyzm. Nawrócił się w r. 1925 i potem zaczął objawiać się w nim dar nauczania. Watchman Nee ochrzcił go w Morzu Żółtym.

W roku 1931 w Cinan nad Żółtą Rzeką, podczas konfe-rencji dla studentów, nawrócił się dr John Sung - później-szy wybitny chiński ewangelista, nazywany także "chińskim Billy Grahamem".

Pewnego razu do służby kaznodziejskiej na tej konfe-rencji, która odbywała się w regularnych odstępach czaso-wych, został zaproszony także Watchman Nee. Konferencja w Cinan okryła się legendarną sławą, ponieważ Bóg darował przebudzenie i wielu uczestniczących w niej studentów na-wróciło się do Jezusa Chrystusa. Dzięki temu Watchman Nee stał się szeroko znanym ewangelistą i wiadomość o nim dotarła daleko poza granicę, do krajów anglosaskich.

Wizyta "Braci Wolnych"

Z inicjatywy Charlesa Barlowa, który jak wspomnieli-śmy, należał do społeczności "Braci Wolnych", kilkuosobo-wa delegacja wizytowała Kościół w Wen Te Li. Znaleźli się w niej przedstawiciele z Anglii, Ameryki i Australii. Miej-scowy Kościół przyjął ich bardzo serdecznie. Jednakże goście najpierw wszystko obserwowali, nie podejmując żadnej służ-by. Nie brali także udziału w "Łamaniu Chleba". Nastąpiło to dopiero później, po lepszym zapoznaniu się z Kościołem. Do "Łamania Chleba" wspólnie z Kościołem w Wen Te Li przystąpili dopiero po miesięcznej obserwacji. Zgromadzenie opanowała wówczas niebywała radość. Tygodniowa konfe-rencja, która rozpoczynała się w niedzielę, zgromadziła mnó-stwo ludzi. Głównymi mówcami byli Ch. Barlow i W. J. House. Watchman Nee tłumaczył. W konferencji uczestni-czył także Faithful Luke i wielu braci z terenów położonych w górnym biegu rzeki Jangcy. Goście odbyli także zgroma-dzenia w Fuczou, z udziałem ponad 250 uczestników.

Pierwsza podróż na zachód

Po wyjeździe delegacji W. Nee wraz z innym bratem otrzymał zaproszenie do złożenia wizyty w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Wizytę zaplanowano na wczesne miesiące roku 1933. Po długim okresie modlitwy i pokonaniu wielu trudności Watchman Nee sam udał się w podróż. W czerw-cu 1933 roku przypłynął do Anglii na pokładzie statku. Za-trzymał się u Ch. Barlowa w Peterbourgh, a następnie odby-wał liczne podróże odwiedzając bliższe i dalsze Zbory. Wszę-dzie przyjmowano go z radością, przede wszystkim dlatego, że owe wąskie kręgi "Braci" nie prowadziły wtedy żadnej misji. Watchman Nee poruszał się przede wszystkim wśród "Braci ekskluzywnych", którzy nie mogą być uznani za re-prezentację całego ruchu "Braci Wolnych" - informuje w swojej pracy Angus I. Kinnear, należący do tego kręgu wyznaniowego.

Watchman Nee informował o pracy ewangelizacyjnej w Chinach, brał udział w Łamaniu Chleba, służył Słowem, i odbywał spotkania ze starszymi braćmi, którzy byli przeko-nani o braku doświadczonych pracowników wśród chrześci-jan w Chinach. Watchman Nee mimo ukończonych 30 lat wyglądał na skromnego studenta i z ogromnym respektem słuchał nauk udzielanych przez doświadczonych braci. Uwa-gę jego zwróciło ich wielkie bogactwo duchowe przy jedno-czesnym całkowitym skoncentrowaniu się na sobie. Podczas konferencji odbywającej się w Islington jedno zdanie W. Nee wywołało sensację, gdy powiedział: "Moi kochani Bracia, wasze poznanie prawdy jest ogromne, jednakże w moim kra-ju to by wam wiele nie pomogło". I podnosząc rękę dodał: "Gdyby to było konieczne, nie moglibyście wypędzić ani jednego demona". (Zainteresowanych informujemy, że obszer-niejsze rozważanie na temat wypędzania demonów można znaleźć w pracy W. Nee, wydanej m.in. po niemiecku, pt.: "Persnliche Auftrag der Christen", Wuppertal 1968 str 127 nst) Jednak po chwili zawstydził się swojej śmiałej wypowiedzi, nie będąc pewny tego, jak słowa jego zostały odebrane. Lecz opuszczając Anglię, ponownie z troską zwie-rzył się swemu przyjacielowi Ch. Barlowowi: "Macie wiel-kie poznanie, ale tak mało wiary!"

Przed opuszczeniem Anglii Watchman Nee pojechał, m.in. w sprawach zawodowych do Londynu. W tej podróży po raz pierwszy znalazł się poza kręgiem "Braci ekskluzyw-nych". W niedzielny poranek brał udział w nabożeństwie Zboru przy Honor Oak Street, gdzie pragnął spotkać T. Austi-na-Sparksa. Brata tego nie było w Zborze i w jego zastęp-stwie bardzo serdecznie przyjął go George Peterson. Na na-bożeństwie służył Słowem i uczestniczył w Łarnaniu Chleba.

Wkrótce jego podróż po Anglii dobiegła końca i razem z jednym z przedstawicieli "Braci" ze Stanów Zjednoczonych udał się w podróż do USA. Był to James Taylor, który od roku 1930 stał na czele grupki "Ravensche Brder", niewiel-kiego odłamu wśród różnych ugrupowań "Braci". J. Taylor badał na wszystkie strony poglądy Watchmana Nee i był bardzo niezadowolony, gdy stwierdził, że jego wypowiedzi na temat istoty proroctwa lub paruzji (= przyjścia) Chrystu-sa są niezbyt dokładne. Podczas nabożeństwa odbywającego się w Westfield W. Nee przemawiał na temat zbawienia. Całe zgromadzenie było poruszone jego zwiastowaniem. Jednak J. Taylor skwitował je suchym stwierdzeniem: "Niedosta-teczne od strony nauki biblijnej".

Jednak mimo trudności i ścisłego nadzoru, jakiemu zo-stał poddany w czasie podróży do Wielkiej Brytanii, USA i Kanady, znalazł wszędzie wiele serc otwartych dla Pana i Jego Słowa, tak, że również zwiastowanie jakie przyniósł zostało przyjęte serdecznie. W Ameryce spotkał się także z misjonarzami C. H. Juddem oraz Leną Clark, która w łącz-ności z "China Inland Mission" spędziła 23 lata w ciężkiej pracy misyjnej w Chinach.

Bóg chce objawić swojego Chrystusa

W drodze powrotnej, płynąc statkiem przez Pacyfik, Watchman Nee otrzymał nowe poznanie Słowa Bożego. Za-świadczył o tym w następujących słowach: "Przez dwa lata krążyłem w jakiejś ciemności poszukując cnót, które po-twierdzają chrześcijańskie życie, pragnąc przyjąć je na wła-sność. Szukałem ich z takim samym pragnieniem, jak przed swym nawróceniem, gdy pożądałem rzeczy świeckich. Lecz ten cały wysiłek był daremny. Próbowałem zgromadzić w so-bie duchowe dobra, od których Bóg chciał mnie uwolnić w tym celu, by w moim życiu utorować drogę dla działania Swego Syna. I wreszcie pewnego dnia, w 1933 roku, dozna-łem nagłego olśnienia. Znowu czytałem 1 Kor. 1,30 i wtedy nagle zrozumiałem, że Chrystus jest w tym celu darowany przez Boga, żeby należeć do mnie w Swojej całej pełni.

Jakże to wielka różnica. O, pustko rzeczy! Gdy one nie znajdują się we właściwym stosunku do Niego, są martwe; ponieważ Bóg nie szuka demonstracji naszej sprawiedliwo-ści, lecz objawienia Swojego Chrystusa. W ten sposób za-częło się dla mnie nowe życie. Chrystus jest odpowiedzią na wszystkie żądania Boga. To nie odnosi się do spraw przy-szłych, lecz jest teraz faktem. Moje życie codzienne zaczęło odtąd płynąć pod hasłem "odbieranie".

W każdej miejscowości jeden kościół

Po powrocie do kraju czekały na niego nowe zadania. Dobrą stroną jego działalności ewangelizacyjnej było prze-konanie i praktykowanie tego, że każdy wierzący ma służyć Panu jako ewangelista. Nalegał, żeby każdy wierzący, który np. z powodów służbowych lub zawodowych przenosi się w inny rejon kraju, poświęcał swoje mieszkanie na miejsce modlitwy i głoszenia Słowa Bożego.

Podczas kolejnego spotkania noworocznego W. Nee wziął za temat swoich rozważań problem "budowania Kościoła". Temat ten był szczególnie adresowany do wierzących, któ-rzy mieli przenieść się w inne rejony Chin.

W czasie swojej wizyty w krajach tzw. "chrześcijań-skiego Zachodu" dokonał wielu spostrzeżeń odnoszących się do życia kościelnego. Również z tego powodu przystąpił z nową siłą do studiowania Nowego Testamentu i m.in. stwierdził, że w każdej miejscowości powinien funkcjonować tylko jeden Kościół.

Na wiosnę 1934 r. udał się z wizytą do południowych prowincji Chin - Junnan i Kweitczou. W tej podróży towa-rzyszył mu gorliwy chrześcijanin Ma Muh. W Kweijang od-naleźli grupę chrześcijan, którzy tworzyli "Kościół domo-wy" (por. Kol. 4,15). Zatrzymali się tam kilka dni i Słowem Bożym umacniali miejscowych wierzących. Następnie wy-ruszyli dalej. W tej podróży W. Nee dotarł do granicy Ty-betu. Z rozmów i kontaktów ze spotkanymi ludźmi zoriento-wał się, że mieszkańcy Tybetu znajdują się w wielkiej po-trzebie duchowej.

Trzej znani ewangeliści

W tym czasie w Szanghaju K. S. Lee, jeden z wybitnych przywódców chrześcijańskich, zorganizował konferencję za-praszając do udziału w niej trzech znanych ewangelistów: Johna Sunga, Wang Cai'a i Watchmana Nee. Powziął on myśl, żeby z tych trzech pracowników Ewangelii utworzyć "zespół (team) ewangelizacyjny". Jednak próba ta nie powiodła się. I powody tego były bardzo różnorodne. Wang Cai nie po-dzielał przekonań W. Nee, że kaznodzieja ma być wolnym pracownikiem Ewangelii i nie może otrzymywać żadnego wy-nagrodzenia za swoją służbę. Ponadto Wang Cai był bardzo mocno związany z organizacjami misyjnymi i nie chciał zry-wać swych licznych kontaktów.

Watchman Nee, z kolei, miał obawy przed oficjalnymi kontaktami z towarzystwami misyjnymi, uważając iż będą -przez swoją ingerencję - powodować podziały pośród wie-rzących. I dopiero w świetle późniejszych doświadczeń Wang Cai mógł się przekonać o słuszności poglądów W. Nee. Gdy później wszelka działalność zagranicznych towarzystw mi-syjnych na terenie Chin została zahamowana, okazało się, że koncepcja pracy misyjnej proponowana przez W. Nee jest skuteczna; Kościoły, które powstały jako rezultat jego służby - ostały się w ogniu doświadczeń.

John Sung i Watchman Nee byli z kolei tak różnymi naturami, że nie mogło być mowy o współpracy między nimi. Jednakże jeden zbierał owoce pracy drugiego. John Sung, który żył jeszcze tylko 10 lat, był prawdziwie wielkim ewangelistą, lecz był człowiekiem zupełnie zdominowanym przez uczucia. I chociaż Watchman Nee także był uznanym ewangelistą, jednakże w działaniu ewangelizacyjnym nie do-równywał pierwszemu. Gdy John Sung przemawiał powsta-wało przebudzenie jak "szalejący pożar". W masowej ewan-gelizacji nie było mu równego pracownika. Podobieństwo i różnice między jednym i drugim ktoś scharakteryzował w następujący sposób: "Gdy Sung głosił Ewangelię, owce budziły się i odczuwały głód; ponieważ jednak nikt nie po-trafił dać im pokarmu, we właściwym czasie przychodziło nauczanie W. Nee, by ich głód mógł być zaspokojony." Tak więc idea chrześcijańskiego przywódcy jakim był K. S. Lee, nie została urzeczywistniona.

Podczas trzeciej konferencji szanghajskiej, poświęconej nauce o centralnej pozycji Chrystusa w Piśmie Świętym, i w życiu ludu Bożego, podobnie jak poprzednio, mówcą był W. Nee. Brał w niej udział także Witness Lee z Czefoo i wie-rzący z Kiangsu i Szantung, gdzie po wizycie W. Nee w r. 1932 szybko zaczęły powstawać nowe Kościoły.

Małżeństwo z Charity Czang

Po powrocie z Anglii Watchman Nee spotkał w Szang-haju Charity Czang, która w międzyczasie ukończyła studia uniwersyteckie. Była dalej chrześcijanką z nazwy, żyjącą zu-pełnie po świecku.

Jednak pod wpływem łaski Bożej, po pewnym czasie, zaczęła znowu przychodzić do Kościoła w Wen Te Li. Prze-żyła spotkanie z Panem Jezusem i postanowiła ochrzcić się. Świadectwo, jakie złożyły o niej starsze siostry, było dobre, a jej życie uległo całkowitej zmianie.

Watchman Nee spotkał pewnego dnia Charity. Czang i uczucie miłości do niej - dawno pogrzebane na dnie du-szy - ożyło w nim na nowo. Po okresie wytrwałej modlitwy i pytaniu się o wolę Boga w tej sprawie, postanowił poślu-bić Charity Czang. Wysłał w tej sprawie listy do rodziców mieszkających w Fuczou i poprosił ich o pomoc w załatwie-niu formalności ślubnych.

Decyzja Watchmana Nee w sprawie ślubu z Charity wy-wołała wielkie niezadowolenie ze strony jego matki, a także ciotki Charity Czang. Ciotka wywierała dotąd silny wpływ na życie siostrzenicy. Również członkowie zgromadzenia w Wen Te Li byli niezadowoleni. Uważali, że W. Nee popeł-nia nieobliczalny błąd chcąc wstąpić w związek małżeński z tak "nieodpowiednią osobą". Uznawali oni W. Nee więcej niż za "męża modlitwy", i ich zdaniem nie powinien był w ogóle wikłać się w sprawy życia małżeńskiego.

Lecz Watchman Nee nie ugiął się pod presją środowi-ska. Po modlitwie i pokonaniu wielu trudności, 19 paździer-nika 1934 roku Watchman Nee i Charity Czang zawarli związek małżeński. Tego dnia razem z wieloma członkami Kościoła składali dziękczynienie Bogu za dar małżeństwa, śpiewali pieśń (ułożoną przez Watchmana Nee 10 lat wcze-śniej na tę okazję) przeznaczoną dla Charity i z radością uczestniczyli w wielkim przyjęciu weselnym.

Ale to nie był koniec utrapień, jakie go spotkały. Oto zaatakowała go jej ciotka - bardzo bogata i wpływowa dama. Wystąpiła przeciw niemu z atakiem zamieszczonym na łamach jednej z najpoczytniejszych gazet szanghajskich, wyszydzając go, oczerniając i oskarżając o najgorsze moty-wy. Gazeta była masowo czytana i dotarła, rzecz jasna, tak-że do mnóstwa wierzących.

Watchman Nee wpadł w depresję. Załamał się i ukrył się w mieszkaniu, nie chcąc nikogo widzieć. Lecz pewnego dnia dotarła do niego jakaś energiczna misjonarka, oznaj-miając, że ma dlań poselstwo od Pana. Odważnie przekro-czyła próg jego pokoju i przekazała mu słowo: "Żadna broń ukuta przeciwko tobie nic nie wskóra, a każdemu językowi, który w sądzie przeciwko tobie wystąpi, zadasz kłam" (por. Izj.54,17).

W tym czasie także s. Faith Wang dodawała mu odwa-gi: "Czego chcesz, przecież znalazłeś żonę według twego serca?" I rzeczywiście, Charity stała się dlań prawdziwą wielką radością! Bardzo przydatna okazała się nawet jej grun-towna znajomość języka angielskiego i literackiego języka chińskiego (mandarin). I nikt, kto ich znał, nie wątpił, że Charity, żona Watchmana Nee, jest piękna.

Nowe perspektywy

Po konferencji listopadowej, która odbyła się w Amoy (na południu prow. fucieńskiej) przed Watchmanem Nee po-jawiły się nowe kłopoty. Odnowił się silny ból serca, po-wtórzyły się oskarżenia o nieprawomyślność, kierowane przez środowisko skupione wokół br. Taylorów (tzw. "Ra-vensche Brder"), odżył na nowo nierozstrzygnięty osobisty problem obdarowania go przez Ducha Świętego do służby. Watchman Nee nie przeżył dotychczas takiego aktu obdaro-wania i nie wiedział jak ma rozstrzygnąć to zagadnienie. Znowu był w rozterce, i nie omieszkał błagać o przyczynne modlitwy nawet najprostszych wierzących.

W kołach "Braci ekskluzywnych" wystąpiono przeciw niemu z atakiem, iż uczestniczył w Stole Pańskim razem z innymi wierzącymi spoza ich grona. Było to podczas poby-tu w Londynie w Zborze przy Honor Oak Street i w New Haven (USA).

Grupa starszych Kościoła w Wen Te Li w Szanghaju w dostojny i pokorny sposób starała się wyjaśnić własne sta-nowisko na temat udziału w Wieczerzy Pańskiej z innymi dziećmi Bożymi. Pismo wyjaśniające, skierowane do londyń-skich "Braci", podpisali wszyscy Starsi Kościoła: D. C. Du, J. A. Wu, W. Nee oraz K. J. Czang.

Odpowiedź jaka nadeszła od "Braci" z Londynu była nieprzyjazna. Podczas konferencji w Islington, w dniu 30 VI 1935 roku, wydano oficjalne oświadczenie o zerwaniu wszel-kich kontaktów z braćmi w Chinach. Wiadomość tę odebra-no w Kościele w Szanghaju jako śmiertelny cios, a tamtej-szych chrześcijan opanowała świadomość bolesnego osamot-nienia.

W tym czasie Watchman Nee dowiedział się, że Elisa-beth Fischbacher, jedna z najbardziej obdarowanych przez Boga współpracowniczek "China Inland Mission", usługuje w Czefoo na nabożeństwach przebudzeniowych. Był świa-dom, że przeżywa okres "suszy duchowej". Bardzo tęsknił do nowego przeżycia łaski Bożej. Odsuwając na bok wszelką niechęć do usługi kaznodziejskiej sióstr-misjonarek, udał się do Czefoo, wraz z Charity. Elisabeth Fischbacher znana była z upodobania do ekstatycznej modlitwy, dlatego nie zado-walając się przemówieniem po angielsku, modliła się i śpie-wała "obcymi językami". Także poselstwo przyniesione przez nią znamionował Boży autorytet i pełnia mocy. Watchman Nee dał Bogu odpowiedź na usłyszane Słowo, i w zupełnie nowy sposób zstąpiło nań błogosławieństwo Pana. Skończył się okres "duchowej .suszy". Mógł na nowo podjąć się zwia-stowania. W telegramie wysłanym do Szanghaju, zakomuni-kował: "Spotkałem Pana!"

Podczas kolejnej konferencji szanghajskiej, odbywają-cej się na jesieni, zwiastował na temat zesłania Ducha Świę-tego, i niektórzy wierzący przeżyli błogosławieństwo Boże w sposób podobny do niego. W rezultacie, w ciągu następnych lat, w wielu Kościołach na południu zaczęło się duchowe przebudzenie. Uległy zmianie także praktyki wprowadzone tam przez ewangelistę Johna Sunga, polegające na tym, że wierzący nie wiele modlili się i mieli tylko rozumowe po-dejście do Słowa Bożego. Nabożeństwa ożywiły się, ludzie zaczęli przeżywać wolność przed Panem, zwłaszcza, w poja-wiających się spontanicznych modlitwach. Zaczęły występo-wać także uzdrowienia d gwoli prawdy należy dodać, że jedne z nich były prawdziwe a inne nie.

Stosunek do darów duchowych

Późną jesienią 1935 roku odbyła się dziesięciodniowa konferencja w Cin-kiangu. Lukas Wu, dziekan chrześcijań-skiego kolegium, który od niedawna był chrześcijaninem (nawrócił się tłumacząc kazania Johna Sunga), otworzył swój dom dla prawie 400 uczestników konferencji. Watchman Nee przemawiał wówczas na temat zwycięskiego życia i działa-nia Ducha Świętego. I znowu sporo ludzi w odczuwalny spo-sób przeżyło wielkie błogosławieństwo Boże. Odtąd dom ro-dziny Wu stał się nowym miejscem zwiastowania Ewangelii i ośrodkiem życia duchowego dla wierzących. Na przyszłość postanowiono w ten sposób rozszerzać Ewangelię.

Witness Lee zapewnia, że sam Watchman "nigdy nie modlił się obcymi językami". Jest to bardzo możliwe, jed-nakże z całą pewnością nie da się tego stwierdzić. Lecz z pewnością wierzył, że Duch Święty może udzielać wszel-kich darów, nie wyłączając darów uzdrawiania, modlitwy obcymi językami i daru tłumaczenia modlitw. Stwierdził kie-dyś: "Na własne oczy oglądałem objawy natychmiastowego uzdrowienia przez Boga. Nie występujemy przeciwko temu, lecz zwalczamy wszelkie fałszywe uzdrowienia [...] Czasa-mi jestem zapytywany: czy jestem przeciwko modlitwom w obcych językach? Oczywiście nie! Ale stawiam pod zna-kiem zapytania takie modlitwy obcymi językami, które osią-ga się fałszywymi sposobami". Dalej wyjaśnił, iż w pewnym wiejskim Kościele, znajdującym się w duchowym zamiesza-niu, Bóg posłużył się tym darem, aby wywieść na światło różne sprawy złe, które miały być objawione. Jedyna rze-czywiście obdarowana przez Boga osoba, wtedy właśnie mil-czała. Tak więc dar "obcych języków" miał również w ten sposób spełnić swoje zadanie.

Z drugiej strony Watchman Nee mocno podkreślał bi-blijną prawdę, że nie wszyscy "mówią językami" (por.1Kor.12,30). Jeden ze starszych misjonarzy, będący przez wiele lat członkiem "China Inland Mission", stwierdził, że naucza-nie o działalności i darach Ducha Świętego jakie odebrał ze zwiastowania Watchmana Nee, było takie jasne i zrozumiałe, iż lepszego nigdy nie słyszał. Ale tak, jak we wszystkim, tak samo i w tej niesłychanie ważnej dziedzinie świadczenia i przeżywania działania mocy duchowej, Watchman Nee sta-rał się zachowywać obiektywizm i równowagę biblijną, dą-żąc do oparcia się na "całej woli Bożej" (Dz. Ap.20,27).

"Kościół" i "dzieło"

Gdy w 1938 r. zaczęła przelewać się przez Chiny wielka fala rewolucyjna i doszło do pierwszych zwycięskich walk wojsk dowodzonych przez Mao-Ce-tunga z Czang-kai-sze-kiem, Watchman Nee razem ze współpracującymi` braćmi wytrwale dążył do rozszerzenia Ewangelii w Chinach i w Ty-becie.

W międzyczasie ze wszystkich stron zaczęły napływać wiadomości o rosnącym zapotrzebowaniu na Pismo Święte i dobrą literaturę chrześcijańską. Wzrosło także zaintereso-wanie czasopismem wydawanym przez niego, i coraz czę-ściej pytano o popularne traktaty biblijno-ewangelizacyjne używane do rozpowszechniania na ulicach.

Chrześcijanie zaczęli udostępniać swoje domy na miej-sca modlitwy i spotkania ewangelizacyjne. Małe społeczności wierzących zaczęły szybko powiększać się tak, że trzeba było wyszukiwać obszerniejsze pomieszczenia na prowadze-nie nabożeństw. Nie przywiązywano przy tym specjalnej uwa-gi do wyglądu zewnętrznego miejsc zgromadzeń. Nie stara-no się np. budować kaplic. Uważano, że czyste i obszerne mieszkanie jest dobrym miejscem na zgromadzenie Kościo-ła - a więc ludzi wierzących Jezusowi.

W aktywności ruchu "Małego Stadka" wykształtowały się z biegiem lat dwie dziedziny służby: "Kościół" - spo-łeczność wierzących oraz "Dzieło". '

Ustaliły się także dwa urzędy: "starsi" i "apostołowie". Jako "dzieło" rozumiano szeroką platformę działania ewan-gelizacyjno-duszpasterskiego. Jako "Kościół" uważano spo-łeczność wierzących, gromadzących się w jednym miejscu na wspólnych nabożeństwach i żyjących w tej miejscowości. Dla udaremnienia wszelkich sekciarskich podziałów wśród chrześcijan - ze względu na czyjąś osobowość lub podkre-ślanie tylko pewnej części doktryny chrześcijańskiej ustalo-no, że w każdej miejscowości powinien funkcjonować jeden Kościół (zgromadzenie, wspólnota). Każdy z Kościołów ma sam siebie utrzymywać oraz zachowywać pełną autonomię. Obok tego funkcjonowała grupa misjonarzy ("apostołowie"), do której należało kilkudziesięciu doświadczonych, powoła-nych przez Boga braci. Wspomagali oni poszczególne Ko-ścioły, wychowywali innych - przygotowując ich do peł-nienia funkcji "starszych". Przede wszystkim na nich spo-czywała troska o rozprzestrzenianie się Ewangelii tam, gdzie dotychczas nie 'było żadnego Kościoła. Każdy z "apostołów, gdy znalazł się na terenie, w którym działał Kościół, nie wtrącał się w jego sprawy uznając kierownictwo "miejsco-wych starszych" w (lokalnym) Kościele.

Struktura ruchu ewangelizacyjnego - będąca rezulta-tem poznania Biblii i świadomości wiary w takim zakresie, jakie stało się udziałem Watchmana Nee i jego współpra-cowników - nastawiona była, w ciągłym procesie kształto-wania się, na dwie sprawy: prawidłowe duchowe życie jed-nostek i całej społeczności.

Tajemnica siły "Małego Stadka" kryła się w dążeniu do tego, żeby wszyscy pracownicy Ewangelii zajmujący się służ-bą i duszpasterstwem, byli ludźmi duchowymi i rozwijają-cymi się w dalszym ciągu. Wiele mężczyzn i kobiet, młodych i w średnim wieku, powiększało szeregi wyznawców tego ruchu na zasadzie wolnego wyboru. Siła przyciągania "Ma-łego Stadka" polegała na tym, że przynależność do niego nie gwarantowała żadnych korzyści osobistych, które z kolei, pro-ponowały różne misje chrześcijańskie. "Małe Stadko nie tworzyło też specjalnej "chrześcijańskiej klasy" w społe-czeństwie chińskim; a to m.in. było wynikiem działalności różnych towarzystw misyjnych i doprowadziło do duchowej i organizacyjnej stagnacji chrześcijańską misję w Chinach.

W zgromadzeniach "Małego Stadka" ludzie zbierali się po prostu jako wierzący, dlatego, żeby lepiej poznawać Pana i lepiej Mu służyć. Członkami byli ludzie wykształceni i pro-ści, należący do różnych warstw społecznych.

Według, oceny W. Nee w 1938 r. do ruchu "Małego Stadka" należało mniej więcej 30 Kościołów z reguły dość małych liczebnie oraz 128 pracowników misyjnych ("apo-stołowie").

Opinie o "Małym Stadku"

Ruch "Małego Stadka" miał wielu zwolenników, ale to nie znaczy, że jego działalność spotykała się tylko ze słowa-mi uznania. Otaczający świat różnorodnie reagował na pręż-ny ruch przezwany "Małym Stadkiem". Podajemy teraz kilka opinii na jego temat.

Pewien misjonarz będący członkiem 'Aliansu misyjne-go' i działający w północno-zachodniej prowincji Kansu, na początku lat czterdziestych wyraził następującą opinię o "Ma-łym Stadku": "Im bardziej ruch ten rozszerza się, i oddala się od swego początku, tym mniej udaje mu się ustrzec od nieobłudnej braterskiej miłości i niepożądanych wybuchów uczuciowości". Twierdził on dalej, że wyznawców tego ru-chu cechuje pycha duchowa, oraz, ze pomimo tego, iż w mia-stach położonych na wybrzeżu ludzie doń należący tworzą elitę duchową wśród chrześcijan, to jednak ruch ten "czyni nieustające wysiłki żeby werbować członków wśród istnie-jących Kościołów, szczególnie zabiegając, gdy to tylko jest możliwe, o zdobywanie pastorów".

Pewien Anglik, baptysta z Szen-si, w 1942 roku przeka-zał następujące spostrzeżenia o "Małym Stadku": "Tworzy (go) grupa poważnych młodych mężczyzn, którzy czytają Nowy Testament po grecku i biografię Madam Guyon; opu-ścili swoje dawniejsze Kościoły, by utworzyć czysty Zbór. Członkowie należący doń praktykują chrzest wiary, w każdą niedzielę gromadzą się na Łamanie Chleba i zwiastowanie Słowa. Są nastawieni antykościelne i krytykują różne wy-znania chrześcijańskie działające w Chinach, jako przedsta-wicielstwa zagraniczne, a nie dostrzegają tego, że przez swoje wyodrębnienie sami tworzą nową denominację".

W nadmorskiej prowincji Cze-kiang, niektórzy misjona-rze należący do "China Inland Mission", założonej przez słynnego Hudsona Taylora, wypowiadali się z wielką życzli-wością o "Małym Stadku", podkreślając, że zwiastowanie Słowa w tych Kościołach znamionuje czystość i prawidło-wość, oraz, że panuje w nich dobra chrześcijańska atmo-sfera.

Inni znów, którym szybko topniejąca ilość członków w "Kościołach misyjnych" spędzała sen z oczu i sprawiała wielkie kłopoty, nienawidzili Watchmana Nee i określali go mianem "złodzieja owiec", uważając go za najniebezpiecz-niejszego człowieka. Wielu takim misjonarzom, działającym wówczas w Chinach, był on prawdziwie "solą w oku".

Rozszerzenie służby i nowe kłopoty

W międzyczasie kilku braci z prowincji fucieńskiej udało się z chrześcijańskim świadectwem za granicę Chin. W ro-ku 1931 wyjechali: Simon Meek na Filipiny, Faithful Luke wraz z Danielem Tanem i K. S. Wongiem - do Singapuru i na Malaje.

Na zaproszenie Simona Meeka, w roku 1937, Watchman Nee odwiedził Manilę, stolicę Filipin. Służył tam przez czte-ry tygodnie w zgromadzeniach liczących setki ludzi, zwia-stując o zwycięskim życiu chrześcijan, pełności Ducha Świę-tego i wspólnocie Kościoła. W Singapurze znalazł się w mo-mencie japońskiej inwazji na Chiny. Do Szanghaju powrócił po wielu trudach. Miasto było już otoczone przez siły japoń-skie. Bardzo się ucieszył, gdy odnalazł żonę, która schroniła się u sióstr mieszkających przy ul. Hardoon. Wtedy po raz pierwszy, ale nie ostatni, dom ich został doszczętnie splą-drowany.

Jednakże Pan ich nie opuścił, mimo szczególnie trud-nych warunków w jakich się znaleźli. Watchman Nee wkrót-ce mógł w dalszym ciągu poświęcić się zwiastowaniu Ewan-gelii.

"Duch Boży działa wyłącznie według Bożych zasad"

W Nowych warunkach Watchman Nee postanowił ze-brać wszystkich współpracowników do Hankau leżącego w górnym biegu Jangcy i wraz z nimi odbył cykl wykładów i dyskusji. Uczestników konferencji zaskoczył fakt, że ina-czej niż dotychczas zajął się sprawami praktyczno-organiza-cyjnymi a nie sprawą wewnętrznego życia chrześcijan. Uznał, że Duch Święty w tym samym stopniu jest autorem Listu do Efezjan jak i dwóch Listów do Koryntian. Z tego powodu konferencję poświęcił sprawom praktycznym: ;,Jak prowa-dzić dzieło Boże"? oraz "Jak jest budowany i funkcjonuje Kościół - wg nauki Pisma Świętego?

Nowa sytuacja w jakiej znalazł się lud Boży nakłoniła go do zajęcia się sprawą organizacyjną funkcjonowania Ko-ścioła. Poza tym życie wierzących biegło takim torem, że gdy wynikały jakieś problemy o radę zwracano się tylko do niego. Wydarzenia wojenne wstrząsnęły życiem ludzkim i wywołały chaos. Dlatego postanowił zaznajomić swoich współpracowników z aktualną sytuacją i przygotować do sa-modzielnego życia przed Bogiem; do samodzielności ducho-wej we wszystkich sprawach wiary i życia.

Wykłady i studia biblijne przygotowane przez niego ukazały się drukiem w maju 1938 r. Publikacja nosiła tytuł: ,Rozważania na temat pracy". W słowie wstępnym Watch-man Nee zacytował jedną z myśli misjonarki Margaret Bar-ber: "Duch Boży działa wyłącznie według Bożych zasad". Przyjaciele z kół misyjnych nalegali nań, żeby książkę wydać po angielsku i w ten sposób udostępnić szerokim kręgom chrześcijańskim. On jednak obawiał się, czy to bę-dzie słuszne. W tym celu postanowił skontaktować się z za-przyjaźnionymi, doświadczonymi misjonarzami, jak Elisabeth Fischbacher. I w rezultacie postanowił odbyć wraz z nimi'' podróż do Europy. Przed wyjazdem z Szanghaju Bóg dodatko-wo darował mu radosne przeżycie. Badający go lekarze uznali, że jego zdrowie jest w zupełnym porządku.

"Pan rządzi"

W podróży aż do Hongkongu towarzyszyła mu Charity, ponieważ na podstawie wspólnej decyzji miała zostać pod opieką teściów. Hongkong był poza zasięgiem działań wo-jennych. Po rozstaniu z żoną i rodzicami, popłynął statkiem do Szkocji. W lipcu 1938 roku spotkał się z oczekującym nań T.Austinem-Sparksem. Następnie obaj udali się na kon-ferencję do Keswick.

Konferencja ta zapoczątkowana w Wielkiej Brytanii w połowie ubiegłego stulecia, uznawana jest za najważniej-sze doroczne spotkanie wierzących z angielskiego obszaru językowego. Skupia ona wierzących, którzy dążą do praw-dziwego uświęcenia i aktywności chrześcijańskiej całkowicie zgodnej z wolą Pana Kościoła. Podczas konferencji wyda-rzyło się coś szczególnego. Pewnego dnia dyrektor "China Inland Mission", prowadzący aktualnie jedno ze zgromadzeń, przedstawił wraz z Watchmanem Nee pewnego brata z Ja-ponii. Uczestnicy konferencji byli dobrze poinformowani o wydarzeniach na Dalekim Wschodzie. Gdy więc Watch-mana Nee poproszono o zajęcie miejsca na mównicy, przed rozpoczęciem przemówienia wezwał zgromadzenie do modli-twy. Treść i duch tej modlitwy stały się objawieniem dla wielu ludzi obecnych wówczas i nie zapomnieli jej do końca życia. W. Nee tak modlił się: "Pan rządzi! Wyznajemy to jasno i zdecydowanie. Nasz Pan, Jezus Chrystus rządzi, i On jest władcą wszystkiego. Nic nie może osłabić Jego autory-tetu. Są moce, które nastawiły się na zniszczenie Twoich interesów w Chinach i w Japonii. Dlatego nie modlimy się o Chiny lub Japonię, ale modlimy się o sprawę Syna Bożego w Chinach i w Japonii. Nikogo również nie oskarżamy, po-nieważ ludzie są tylko narzędziami w ręku Twego wroga. Pragniemy objawienia się Twojej woli. O, Panie, zniszcz kró-lestwo ciemności, ponieważ prześladowanie Twego Kościoła rani Ciebie Samego. Amen."

W przemówieniu adresowanym do kandydatów misyj-nych zajął się sprawą "uzdolnień misjonarzy". Na końcu ty-godnia odbywało się wielkie nabożeństwo komunijne z udzia-łem uczestników konferencji. Biorąc w nim udział dał wyraz swym przekonaniom wiary, oraz współbraci w Chinach, i wspólnie z nimi potwierdził stanowisko zajęte przed trzema laty. Właśnie ich udział w Wieczerzy Pańskiej z innymi chrześcijanami sprawił, że Kościoły "Małego Stadka" w Chi-nach zostały ekskomunikowane przez "Braci ekskluzywnych" w Anglii.

"Uwielbienie Chrystusa!"

Następnie z Keswick udał się do Londynu pragnąc po-nownie spotkać się z członkami Kościoła przy Honor Oak Street.

W gościnie u T. Austina-Sparksa przebywał parę tygodni i spotkał się tam z innymi odpowiedzialnymi braćmi biorą-cymi udział w zwiastowaniu Ewangelii. Był szczęśliwy. Spo-tkał się tu także pierwszy raz z Angusem I. Kinnearem, późniejszym autorem jego biografii.

Kościół gromadzący się przy Honor Oak Street w Lon-dynie miał dość wyraźnie zarysowany plan działalności mi-syjnej i był otwarty dla wszystkich autentycznych chrześci-jan. Jednak znając tylko część dzieła Pana i podkreślając szczególnie dzieło Krzyża ze strony subiektywnej, co było zresztą w całkowitej zgodzie z ówczesnymi tendencjami pa-nującymi w kołach ewangelikalnych, miał braki w dziedzi-nie aktywnego świadectwa o Panu. Zajmowano się tam "wyż-szymi rzeczami" i to powodowało dość bierne nastawienie wśród wierzących. Kościołowi przy Honor Oak Street tak samo jak i Watchmanowi Nee zarzucano, że werbuje misjo-narzy wśród zasłużonych dla dzieła misyjnego stowarzyszeń chrześcijańskich. W swoich kontaktach Watchman Nee sta-rał się zwracać uwagę na jeden temat: 'uwielbianie Chrystusa!'

Zarzut zaś, kierowany również pod jego adresem, że werbuje aktywnych misjonarzy dla ruchu, w ramach które-go działa i służy Bogu, był głównym motywem podjęcia prze-zeń decyzji o szukaniu własnej drogi, która ostatecznie po-wiodła obok głównego nurtu społeczności ewangelikalnych.

Normalne życie chrześcijańskie

W czasie pobytu W. Nee na Zachodzie również państwa europejskie przeżywały okres wstrząsów politycznych. Wy-czuwało się groźbę zbliżającej się wojny. Obserwował przy-gotowywanie schronów przeciwlotniczych, rozdzielanie ma-sek przeciwgazowych i pośpieszne ćwiczenia grup obrony cywilnej. Na wszystko patrzył oczami chrześcijanina. Miał współczucie dla ludzi, ale był wolny od strachu o życie. Wyzna-wał, że chrześcijanin żyjąc na świecie znajduje się w innej rzeczywistości. Jest wolny od presji toczących się spraw i wydarzeń. Jest na tym świecie ale jak 'pielgrzym' i 'obcy'.

W tym czasie i jego nie minął osobisty, dotkliwy cios. Charity, znajdująca się w Hongkongu, pod troskliwą opieką jego rodziców, poroniła. I choć jej listy wyrażały spokój i zdanie się na Pana, jednakże jego serce odczuło, że bardzo przeżywa swój ból, i rozłąkę z nim. Bardzo też możliwe, że wypadek ten sprawił, iż do końca pozostali bezdzietnym mał-żeństwem. Jednak i to Pan im wynagrodził. Obdarował ich duchowym potomstwem, dając im mnóstwo "synów i córek w wierze".

W październiku 1938 roku Watchman Nee udał się do Kopenhagi na zaproszenie pastora Fjorda Christensena. W Danii wizytował zgromadzenia międzynarodowej szkoły chrześcijańskiej w Helsingor i wygłosił dziesięć odczytów poświęconych tematowi "Normalne życie chrześcijańskie" -w oparciu o rozdziały 5-8 Listu do Rzymian. Ukazały się one następnie w wydaniu książkowym. W ten sposób pra-gnął dać świadectwo prawdzie, że zwycięskie życie chrze-ścijan jest normalnym życiem, a więc takim życiem, które nasz Ojciec ma i pragnie obdarzyć nim wszystkie swoje dzieci. Natomiast brak zwycięstwa w życiu chrześcijan -to nienormalne życie. Życie niezgodne z pragnieniami i pla-nami Boga, czyli przeciwne woli Pana dla Jego ludu.

A więc tylko ci, którzy korzystają z łaski Pana i żyją w Jego zwycięstwie, są normalnymi chrześcijanami. Ci zaś, którzy przeżywają ciągłe upadki, wpadają w grzech, ulegają nastrojom i przygnębieniu, ciągle poddają się presji sytuacji i nie trwają w łasce i miłości. Pana, a więc ci, którzy nie prowadzą zwycięskiego życia mary, są nienormalnymi chrze-ścijanami.

Wolą i pragnieniem serca Pana dla Jego ludu jest nor-malne życie chrześcijańskie. On ma taki lud, miał i zawsze mieć będzie! Pytanie, które należy skierować do nas czyta-jących jest następujące: do której z wymienionych grup na-leżymy sami.

Bóg troszczy się o wszystko!

W listopadzie 1938 roku Watchman Nee zamierzał wy-ruszyć w drogę powrotną do Chin. Przed odjazdem musiał zasięgnąć rady przyjaciół w różnych sprawach praktycznych, dotyczących pracy w Chinach. Po wizycie w Danii, przez Norwegię, Niemcy i Szwajcarię, udał się do Francji. W Pa-ryżu doręczono mu list do współpracowników w Szanghaju. Zrozumiał, że przed opuszczeniem Europy będzie musiał do-pilnować przekładu swojej książki pt.: "Rozważania na temat pracy". Tym razem znowu przeżył znak wierności od Pana. On sprawił, że długoletnia misjonarka działająca w Chinach, Elisabeth Fischbacher, przez dwa miesiące przetłumaczyła jego książkę na angielski. W tym czasie Watchman Nee skrócił i skorygował tekst oraz napisał nowy wstęp - przy-gotowując dzieło do druku. W styczniu 1939 roku prace przygotowawcze zostały zakończone. Watchman Nee wyje-chał jeszcze na cztery miesiące do Anglii. W domu T.Austi-na-Sparksa spotkało go serdeczne przyjęcie. Mógł odpocząć w swojej uciążliwej podróży. Coś też zmieniło się w nim samym: pozbył się sztywności, która cechowała go uprzed-nio. Bardziej udzielał się w życiu towarzyskim i chętnie ba-wił się z dziećmi. W niczym nie sprawiał wrażenia "ducho-wego brata". Coś w nim się zmieniło...

Bóg pozwolił mu spotkać D. M. Pantona, który należał do bliskich przyjaciół niezapomnianej misjonarki, Margaret E. Barber. Znał go dotychczas z prac poświęconych praw-dom duchowego życia i służby. Bóg pozwolił mu spotkać się z Charlesem Barlowem, z którym poprzednio bardzo przy-jaźnił się. Stosunki wzajemne oziębiły się w związku z od-cięciem się - "Braci ekskluzywnych" od chrześcijan w Chi-nach. Cieszyli się więc ze społeczności braterskiej, mogli rozmawiać, modlić się, osiągnąć pełne pojednanie i rozstać się jak bracia w Chrystusie. Realnie przeżył to, że Bóg naprawdę we wszystkim dopomaga tym, którzy Go miłują (por. Rz.8,28).

Normalne zborowe życie chrześcijańskie

W maju 1939 roku, przed wyruszeniem w drogę powrotną do Chin, ukazał się angielski przekład jego książki. Dzieło to zatytułowano "Concerning Our Missions". W późniejszym czasie książka miała kilka wznowień. Wydano ją pod zmienionym tytułem: "Normalne zborowe życie chrześcijańskie" - zyskując sobie wielką popularność. Szczególne uznanie zdobyła w kręgach misyjnych, przede wszystkim dlatego, że zawiera głębokie myśli o autorytecie Bożych pracowników, działających w sytuacjach misyjnych, jako "apostołowie" i "starsi" oraz dzięki rozważaniom o istocie i funkcjonowaniu Kościoła. Praca Watchmana Nee podkreślała znaczenie lokalnego Kościoła. Duże zainteresowanie wzbudził także wprowadzony przezeń podział na "Kościół" i "Dzieło". Autor zajął się również aspektem finansowym służby chrześcijańskiej, a wiadomo przecież, jak bardzo ucierpiało Dzieło Pańskie przez niewłaściwe postępowanie chrześcijan w sprawach finansowych. Książka Watchmana Nee miała więc bardzo praktyczne znaczenie. Jednakże obok licznych życzliwych odbiorców, spotkała się także z krytyką. Na egzemplarzu książki zadedykowanej własnoręcznie T. Austinowi-Sparksowi, W. Nee napisał:

"Stanowisko Boga jest w Chrystusie. To musi być także naszym punktem wyjścia. Kto zna Chrystusa we wszystkich sferach i działaniach, ten wie, czym jest Kościół. Wszystko jest w Chrystusie".

Jego pobyt w Anglii zakończył się. Żona, przyjaciele i nade wszystko praca w Chinach nagliły do powrotu. Kilka miesięcy potem napisał do swego angielskiego przyjaciela T. Austina-Sparksa: "Niech Ci będzie wiadomo, że wśród tutejszych braci, ponieważ są młodsi ode mnie, wszystko, co mówię bierze się dosłownie, mimo tego, że sami dążą do poznania myśli i woli Pana". Jednak korespondencja między przyjaciółmi nie była częsta. Sprawiły to zapewne warunki, obciążenie pracą albo może jeszcze inne nieznane okoliczności. Jest prawdą, że po powrocie do Chin nie spotkał wśród tamtejszych chrześcijan kogoś, kto by mógł dzielić dążenia i pragnienia jego ducha. Ńadchodzące czasy okazały się bar-dzo trudne. Ale i w tym także potwierdziła się prawda, że Bóg bierze na siebie sprawy życia wierzących. I On się nie myli. On ma zawsze rację. Widzi, wie i działa doskonale. On jest wielki! On jest wspaniały! On wystarcza!

Znowu w pracy

Watchman Nee wrócił do Szanghaju w lipcu 1939 roku. Z jego przyjazdu ucieszyli się wszyscy. Największą radość sprawił Charity. Wojna zmieniła wszystko. Miasto i warunki życia były nie do poznania. Podczas wizyt w domach wie-rzących z przerażeniem odkrył nowe nieznane zjawisko: w postaci twardego, zimnego wyrachowania w stosunku do innych ludzi. W liście do przyjaciela napisał: "Wiele wie-rzących stało się twardymi jak głazy w tej bezwzględnej walce o byt. Niektórzy chwalą Pana, gdyż nic już z cierpień otaczającego ich świata, nie dociera do nich. Porusza to mnie bardzo. Wyznaję, że ubolewam z tego powodu, iż siebie sa-mego pragnę utrzymać przy Panu. Choćby się miało tysiące serc, to wszystko, co się tutaj dzieje wystarczyło by, żeby je załamać [...] Lecz Bóg jest moim Ojcem. Nigdy dotychczas, jak obecnie, nie byłem w stanie tak miłować słowa 'Bóg'. Bóg!".

W czasie jego nieobecności w Kościele pojawili się nowi bracia, których Bóg zaczął używać w służbie. Byli to John Czang i dr C. H. Ju, lekarz specjalizujący się w leczeniu chorób oczu. Na nabożeństwie porannym, w pierwszą nie-dzielę września 1939 roku, .Watchman Nee wezwał Kościół do modlitwy przyczynnej za Europę. Poprosił kilku starszych braci, żeby przyłączyli, się do jego modlitwy, następnie "sam wszedł w obecność Pańską i wprowadził w nią Kościół". Mo-dlił się, żeby w tej strasznej wojnie dokonała się tylko wola Boga. Godzinę modlitwy zakończył słowami: "Panie, teraz nigdy nie będziesz mógł powiedzieć, że Kościół nie modlił się!"

Życie kościoła podczas wojny

Nabożeństwa modlitewne, które odbywały się dotąd w sali zborowej oraz Łamanie Chleba, zaczęto odtąd odbywać na nabożeństwach domowych. Na początku 1940 roku Watchman Nee wygłosił znane przemówienie, na temat prawidłowej modlitwy, świadcząc o tym, że Bóg może posługiwać się ludźmi sprawującymi władzę polityczną w świecie. Swoje kazanie adresował, nie do Chińczyków (lub Brytyjczyków albo Amerykanów), ale do mężczyzn i kobiet w Chrystusie. Dlatego powinniśmy wiedzieć - wyjaśniał - jak mamy modlić się. Bo musi być dana możliwość, by chrześcijanie: Niemcy, Anglicy, Chińczycy i Japończycy mogli razem klękać i modlić się. Pod czas I wojny światowej zanoszono wiele niegodnych modlitw. Więc my także nie powtarzajmy tego samego błędu! Kościół musi stać ponad interesami narodowymi i wyznawać: 'Nie prosimy ani o zwycięstwo dla Chińczyków ani Japończyków, lecz o to, co stanowi korzyść (przywilej) dla Twego Syna'. To nie są puste słowa. Gdyby Kościół tak zaczął modlić się, wkrótce wojna mogła by być zatrzymana przez Boga". Misjonarka Lena Clark, która w tym czasie była przez 7 lat w Chinach, w następujących słowach opisuje przebieg nabożeństwa w Kościele w Wen Te Li, w roku 1940. "W niedzielę rano ludzie zbierają się, by słuchać zwiastowania Słowa. Kobiety siedzą razem po jednej stronie, mężczyźni - po drugiej. Sala jest bardzo obszerna. W niezliczonych rzędach siedzą ludzie stłoczeni obok siebie. Chodzi o wykorzystanie każdego kawałka przestrzeni. Na zewnątrz domu wokół stoją pozostali, słuchając kazania -przez otwarte drzwi, okna i zawieszone głośniki. Również na piętrze całą przestrzeń wypełniają ludzie. Ubodzy i prości tłoczą się razem z bogatymi i wykształconymi. Obok lekarzy są robotnicy, a obok prawników i nauczycieli - właściciele riksz i kucharze. Obok sióstr ubranych z surową skromno-ścią - kobiety i dziewczęta wystrojone nowocześnie, mające modne fryzury, makijaże i kosztowne jedwabne suknie. Przez otwarte okna docierają głosy dzieci, słychać uliczne psy, do-chodzi szum aut i zawołania przekupniów zachwalających swe towary. Jednakże każdej niedzieli zwiastowane jest w wierze Słowo o Krzyżu: grzech i zbawienie, nowe życie w Chrystusie, odwieczne plany Boga, służba i duchowa wal-ka. O tym wszystkim głosi się tutaj i nic nie jest przemil-czane. Jeśli chodzi o 'twardy pokarm' i bezpośrednie we-zwanie - to ludzie mają tu wszystko".

Gdy Watchman Nee przemawiał całe Zgromadzenie słu-chało z wytężoną uwagą. Występował zawsze w swoim ba-wełnianym kaznodziejskim stroju, koloru ciemnoniebieskie-go, skupiając uwagę słuchaczy postawą nacechowaną uprzej-mością i prostymi, przemyślanymi. zdaniami oraz zastosowa-nymi porównaniami. Gdy coś ilustrował, kreślił w powie-trzu - po prostu - jakiś szkic, który jego młodszy współ-pracownik szybko przenosił na duży arkusz papieru, i de-monstrował zgromadzonym. W innych przypadkach opowia-dał jakąś anegdotę, której sens prawie zawsze był skierowa-ny przeciw niemu. Jego poczucie humoru często wywoływa-ło wybuch śmiechu na sali. Na nabożeństwie nie mogło być mowy o sennej nudzie. Trzymał się zawsze ściśle określane-go tematu i w zakończeniu zwracał uwagę, żeby Słowo Boże jasno i mocno wywierało swój wpływ w sercach słuchaczy.

Na nabożeństwie towarzyszyła mu żona, Charity. Cicha i opanowana, 'trzymała się zawsze nieco na uboczu. Nie udzielała się też nigdy w Kościele w takiej mierze, jak jej zamężna siostra Faith Bao, lub jak inne współpracowniczki: Ruth Wang - pełna spokoju i opanowania, albo jak mądra i doświadczona Ruth Lee.

Na wiosnę 1940 roku Watchman Nee wygłosił cykl wy-kładów poświęconych życiu patriarchów. Wówczas zwróco-no uwagę, że od powrotu z Europy jego przemówienia zna-mionuje jakiś mistyczny charakter, którego dotychczas nie zaobserwowano. Miało to również negatywny, chociaż nie-zamierzony skutek. Wśród uczestników nabożeństw pojawiła się i zaczęła rosnąć grupa zagranicznych misjonarek, którym specjalnie przypadło do gustu kaznodziejstwo W. Nee.

Do grona Starszych Kościoła w Wen Te Li należał jeden cudzoziemiec - dr Thronton Stearns. Wielu misjonarzy wy-rażało z tego powodu ubolewanie, ponieważ to Zgromadze-nie było przez wielu uznane za najlepszy wyraz Kościoła jako Ciała Chrystusowego. O Watchmanie Nee mówiono: "nasz brat Watchman Nee", i zwracano się do niego we wszystkich sprawach, gdy chodziło o poznanie woli Bożej. Uznany był za "męża Bożego" i cieszył się wielkim autory-tetem w całych Chinach.

Jednostronne słuchanie prowadzi do błędu

Nie brakło jednak nieporozumień wśród słuchaczy nie-właściwie odbierających jego zwiastowanie. Tak bywa za-wsze, gdy ludzie wysnuwają skrajne wnioski z głoszonego Słowa. Niektórzy zaczęli więc, rzekomo na podstawie jego kazań, głosić "nauki": iż nie potrzeba ratować zgubionych dusz, i że służba i świadczenie, modlitwa i medytacja biblij-na - to cechy "naturalnego człowieka", a więc praktyki, którymi nie powinni zajmować się prawdziwi chrześcijanie; iż należy "siedzieć w miejscu i wszystko pozostawić do zro-bienia Bogu".

Ten jednostronny kierunek zaczęli lansować cudzoziem-scy misjonarze, chorobliwie adorujący W. Nee. Zaprzestali oni swej pracy i przesiadywali na nabożeństwach, szukając "wyższych rzeczy" i "niesprzeciwiania się działaniu Ducha Świętego".

To wszystko bardzo go zaniepokoiło. Chodziło przecież o stan serc i ducha dosyć licznej grupy zachodnich misjo-narzy. Zaczął więc szukać dróg rozwiązania problemu, i nie omieszkał zwrócić się w tej sprawie o poradę do najbliż-szych współpracowników. A kiedy w roku 1941 dwie misjo-narki pełne "szlachetnych ideałów" choć źle poinformowane zwróciły się z prośbą o przyjęcie do pracy misyjnej, W. Nee odpowiedział: "Przeżyłyście trudny czas i potrzebujecie od-poczynku. Wyjedźcie na urlop, znajdźcie grupkę dzieci i po-bawcie się z nimi". Te słowa odniosły pożądany skutek.

Kościół w Szanghaju od początku był nastawiony na pracę według rodzimych sił i wzorców, więc udział zagra-nicznych pracowników w ogóle nie był brany pod uwagę.

Kościół ten sprawdził się jako właściwy typ Zgromadzenia chrześcijańskiego, dostosowanego do życia i warunków chiń-skich. Oczywiście wyjątki zdarzały się. Dr Thronton Stearns jako jedyny cudzoziemiec działał, na przykład, w gronie Starszych.

Członkowie Kościoła przestrzegali także zasady: "Każde-go dnia przynajmniej jednemu człowiekowi należy złożyć świadectwo o Panu!". Stosował ją również Watchman Nee. Dlatego pewnego razu bardzo się ucieszył, gdy mu powie-dziano, że młoda siostra pracująca jako gosposia, przy ulicy liczącej dwanaście domów, zaczęła troszczyć się o swoje ko-leżanki z sąsiedztwa i świadczyć im o Panu Jezusie. Gdy zdobyła dla Pana jedną dziewczynę, modliła się o drugą i świadczyła jej. Po pewnym czasie sześć dziewcząt nawró-ciło się i wyznało swą wiarę w Pana Jezusa, jako Zbawiciela.

"Alleluja" - na kortach tenisowych

Chociaż ten okres uważa się za szczyt jego działalności ewangelizacyjnej w Szanghaju, Watchman Nee był ciągle ostro krytykowany. Zarzucano mu chwiejność, innym razem godzenie się na kompromis, albo atakowano za "błędne nau-ki". Ponadto zarzucano mu, że jest opłacany przez zagranicę albo, że popełnił nadużycia finansowe. Watchman Nee długo nie reagował na zarzuty. Wyznawał zasadę, że jeśli dowie-dzie, że ma rację, udowodni tym samym, że ktoś inny jest nieprawy. Lecz gdy ktoś drugi będzie uznany za nieprawego, to jaka z tego korzyść? Uważał, że postępowanie wobec braci nie jest pozbawione skutków; bo "gdy my jesteśmy miłosierni, to i Bóg jest [dla nas] miłosierny".

Jednak fala krytyki, która na nowo podniosła się prze-ciw niemu, po jakimś czasie przytłoczyła go. Zaniechał więc wszelkiej działalności i wyjechał na kilka tygodni do Czefoo. Gdy jeden z przyjaciół udał się za nim, znalazł go w ciężkim stanie ducha. Zorientował się, że Watchman Nee musi sam w ciszy przeżyć tę lekcję. Dlatego zapytał go: "Czy próbo-wałeś już uwielbić Pana za wszystko, co cię spotkało?" Za-pytany odrzekł na to, że ma chęć spróbować. Wyszedł na zewnątrz, na znajdujące się nieopodal korty tenisowe, i z ca-łej siły swoich wyleczonych płuc, kilkakrotnie wykrzyknął: "Alleluja!" To pomogło. I wkrótce powrócił do Szanghaju i był gotowy stać na kazalnicy.

"Czytanie tej księgi..."

Kiedyś Charity i Watchman Nee zostali zaproszeni na herbatę do pewnej pani. W czasie rozmowy wręczono im Biblię, która zaginęła na początku wojny. Była to Biblia ofiarowana Watchmanowi w dniu ślubu z Charity. Historia Biblii była niezwykła. W odległej Irlandii przemawiał na jakimś nabożeństwie misjonarz będący wiele lat w Chinach. W swoim kazaniu nadmienił, że mógłby lepiej wyjaśnić pewien fragment Pisma Świętego, gdyby miał Biblię po chińsku. I bardzo się zdziwił, gdy wręczono mu pożądany egzemplarz Pisma Świętego. Jakiś angielski żołnierz znalazł go podczas służby w Chinach. Zwrócił on uwagę na. krótką sentencję angielską, wpisaną na wewnętrznej okładce: "Czytanie tej Księgi nakłoni cię do porzucenia grzechu, grzech natomiast będzie cię skłaniać do odrzucenia tej Księgi". Żołnierz zatrzymał Biblię na pamiątkę z Chin. W ten sposób zawędrowała razem z nim do Irlandii, a stamtąd dostarczono ją do Szanghaju, i tak po wielu przygodach powróciła do swego właściciela.

Porozumienie z rodzicami

Lin Huo-ping, matka Watchmana, ciągle była niestru-dzoną ewangelistką działającą w Kościele metodystycznym. Nawet po latach troszczyła się o swoje dorosłe dzieci, i jej stan napięcia i obawa o los Watchmana, nie opuściły jej. Nie była w stanie zaakceptować dziwnej odrębności, którą dostrzegała w poglądach i pobożności syna. Pozostawiając najstarszą córkę w Hongkongu, z którą mieszkała, pojechała do Szanghaju. W Kościele, podczas nabożeństwa była, po prostu, jedną z sióstr, ale w domu w dalszym ciągu przeja-wiała charakter despotycznej matki. Jednak wizyta jej wnio-sła nowe wartości w stosunki z synem. Zaakceptowała go i jego odrębność. On znów serdeczniej odniósł się do matki; wobec jej niepohamowanej zaborczości. Wizyta matki za-początkowała etap zrozumienia między rodzicami a synem. W czerwcu 1940 roku do jednego z przyjaciół napisał: "Cza-sem mamy wrażenie, że urodziliśmy się w nieodpowiedniej rodzinie. Jednak to Bóg zdecydował; czyimi dziećmi być mamy. Józef pewno by wolał innych braci niż ci, których miał; lecz w końcu wyznał: 'Bóg wysłał mnie przed wami, aby was zachować przy życiu' (por. 1Mojż. 45,5). Nasze ży-cie jest w całości zaplanowane, a nie dopiero od momentu nawrócenia. Bóg chce nas przygotować do realizacji swoich celów".

W niedzielę, i grudnia 1941 roku, Japończycy zaatako-wali Pearl Harbour, rozpoczynając wojnę z aliantami. Na-stępnego dnia o godzinie 8 rano w błyskawicznej akcji za-topili wszystkie amerykańskie i angielskie statki wojenne zacumowane w Whangpoo. Krótko potem, 18.12.1941 roku, zmarł na atak serca ojciec Watchmana, Syn zdążył jeszcze udać się do Hongkongu, by zająć się pogrzebem ojca. Było to na tydzień przed opanowaniem miasta przez siły japoń-skie. Ni Weng-siu odszedł do Pana jako jego własność, w wieku 64 lat.

Na czele firmy farmaceutycznej

"Gdy kaznodzieja przebudzeniowy osiąga cel, zostawia owoc swojej pracy Bogu i innym współpracownikom, i ra-dując się z wolności, zdąża dalej". Praca W. Nee polegała jednak również na zakładaniu nowych Zborów i umacnianiu w wierze tych, które istniały. Było to wyjątkowo trudne za-danie, tym bardziej, że wypadło mu żyć w czasie przewro-tów politycznych i wojny. Szczególnie zajmowała go jedna sprawa: los młodych misjonarzy, którzy zupełnie poświęcili się zwiastowaniu Ewangelii i wiernie trwali przy Panu, nie uzależniając niczego w swoim życiu od spraw materialnych, więc troska o ich los jak wielki ciężar legła na barkach W. Nee. I choć twierdził: "Musimy nie wypuszczać pługa z ręki, gdy ścieramy łzy z twarzy, i na tym polega chrze-ścijaństwo", to jednak z bólem w sercu pisał do jednego z przyjaciół: "Sprawy kościelne mocno mnie przytłaczają. Teraz nie przeżywam radości, ale pracuję dalej, pokładając swe całkowite zaufanie w Panu".

Dzieło ewangelizacji prowadzone przez "Małe Stadko" było od początku oparte na dobrowolnych ofiarach chrześci-jan - na dziesięcinie. Nikogo oczywiście nie zmuszano do składania "dziesięciny", lecz wierzących wychowywano w du-chu ofiarności i współodpowiedzialności za dzieło Boże. Dzie-sięcinę dawano na znak zupełnego uzależnienia się od Boga.

W ten sposób Kościoły lokalne utrzymywały siebie i wspo-magały prawie 200 misjonarzy pracujących w terenie. W dziele pomocy współdziałali również zwykli chrześcija-nie. Było ono jednak przedmiotem specjalnej troski Watch-mana Nee. Ponadto on sam utrzymywał prawie 40 współ-pracowników. Fundusz przeznaczony na ewangelizację był administrowany przez trzech doświadczonych starszych pra-cowników oraz Watchmana Nee. Wielu z misjonarzy miało już rodziny, byli rozsiani po całym kraju i do wielu z nich trudno było dotrzeć. Po ludzku rzecz biorąc ich sytuacja materialna była bardzo ciężka. W takich okolicznościach Watchman Nee zdecydował się na krok, na rozwiązanie ko-nieczne, które jednak spotkało się z całkowitą dezaprobatą przyjaciół, wrogów i całego środowiska wierzących: objął kierownictwo firmy farmaceutycznej.

Oto krótka historia tej sprawy. Jego brat rodzony, George Nee, był wykształconym chemikiem i prowadził wła-sne laboratorium wraz z niewielką fabryką leków. Firma działała pod nazwą "Bracia Nee". Różni członkowie rodziny trzymali w niej swoje akcje. Jednakże George Nee był bar-dziej naukowcem, niż ekonomistą. Z tego powodu przedsię-biorstwo przynosiło nikłe dochody. Watchman Nee w r. 1939, podczas pobytu w Anglii, za namową któregoś z tamtejszych wierzących, nabył licencję na produkcję sulfamidów. I w sy-tuacji w której się znalazł, po kilkumiesięcznej modlitwie, postanowił zreorganizować przedsiębiorstwo, wykorzystując w nim fachową wiedzę brata i własne zdolności organizacyj-ne. Dochód z przedsiębiorstwa przeznaczył na bieżącą pomoc misjonarzom i dalszy rozwój pracy. W ten sposób powstało przedsiębiorstwo: "Chińskie Laboratoria Biologiczne i Che-miczne" (CBC) przy ulicy Kiaoczou w Szanghaju. W. Nee został szefem obejmując stanowisko prezesa rady nadzorczej. Jego życie zaczęło odtąd biec dwutorowo: część swego cza-su spędzał na zebraniach zarządu, a resztę poświęcał na pra-cę duszpasterską, "na odwiedzanie świętych".

Ta ryzykowna decyzja jak i dwutorowy tryb życia, spo-tkały się z krytyką członków Kościoła, przyjaciół i wrogów. Faithful Luke, jeden z przyjaciół, opisuje jak wspólnie z Da-widem Tonem i Filipem Luanem - odwiedzał w tym czasie jego skromny dom, w którym mieszkał razem z Charity. Przypomina stale powracający temat rozmów: "Dlaczego po-rzuciłeś pracę dla Królestwa Bożego a zająłeś się sprawami materialnymi" Watchman Nee argumentował: "Robię to tyl-ko, co Paweł w Koryncie. Chodzi o pewien wyjątek. Tylko część czasu na to poświęcam. Przez godzinę szkolę współ-pracowników firmy a potem pracuję dla Pana". Jednak jego decyzja, by w ten sposób zdobyć środki na utrzymanie mi-sjonarzy i dalszy rozwój ewangelizacji spotkała się - jak wspominaliśmy - z powszechną dezaprobatą. Gdy więc "przyciskano go do muru" spokojnie wyjaśniał: "Jestem jak kobieta, która straciła męża i jest zmuszona do podjęcia pra-cy, by zapewnić sobie utrzymanie". Lecz bracia byli nie przekonani.

"Acedia"

Nieco później Watchman Nee ujawnił jeszcze inny, dość znamienny fakt, pozwalający lepiej wyświetlić motywy jego decyzji. Watchman-Nee przyznał, że dostrzegł w sobie ja-kieś wzrastające znudzenie. Brakło mu bliższej społeczności z wierzącymi, podobnymi do niego. Brakło mu prawdziwego kontaktu, wymiany z braćmi, którzy by mogli podzielać pra-gnienia i dążenia jego ducha. Jego problem wiązał się być może z tym, co w średniowiecznej literaturze chrześcijańskiej określano mianem grzechu "acedia". Jest to zaniedbanie i zniechęcenie do świętej służby, znużenie i zlekceważenie własnej działalności zawodowej. Objaśniając ten problem autor biografii, Angus I. Kinnear powołuje się w tym miej-scu na fragment dzieła J. Klimakusa: "Scala Paradisi".

Odsunięcie od służby - po raz drugi

Jego nowy styl życia wywołał zaniepokojenie wśród Starszych Kościoła. Dotychczasowy obraz jego życia i świa-dectwo były wzorowe. Lecz od tej pory wierzący zaczęli spo-glądać nań, jak na odstępcę, jak na tego, który "przyłożył swoją rękę do pługa, i ogląda się wstecz". Czy taki człowiek może dalej głosić Słowo Boże? - zapytywano się nawzajem. W rezultacie w końcu 1942 roku poproszono go, by zaprze-stał służby kaznodziejskiej. A kiedy dr Ju, jeden z czterech Starszych Kościoła w Wen Te Li wypowiedział się, że decy-zja ta jest zbyt radykalna, w konsekwencji sam musiał za-przestać działalności kaznodziejskiej w Kościele w Szanghaju.

Bóg jest sprawiedliwy!

Watchman Nee zaakceptował decyzję Starszych odga-dując motywy, którymi się kierowali. Lecz odsunięcie od służby w Kościele przeżył bardzo boleśnie. Załamał się, i nie wiedział co dalej robić. Do jednego ze współpracowników firmy zwierzał się: "Zazdroszczę ci, bracie Jin. Jesteś wolny i możesz i w fabryce możesz robić, co chcesz. A kiedy uznasz za stosowne powiedzieć parę słów w Kościele, zyskasz opinię gorliwego wierzącego. Nikt nie będzie ci niczego zarzucał. A ja, o mnie wszystko chcą wiedzieć, co robię przez 24 go-dziny na dobę. Jestem człowiekiem napiętnowanym".

Ale nie podejmował żadnych kroków, by się usprawie-dliwiać. Wszystkie odruchy wrogości wierzących, przyjmo-wał jako karcenie. Wierzył Bogu, że pewnego dnia, we wła-ściwy Mu sposób, usprawiedliwi go. Sam uważał za słuszne podjęcie akcji pomocy materialnej dla misjonarzy.

Charity, która wiernie i mocno stała przy nim wspoma-gając go moralnie, nie mogła zrozumieć: dlaczego nie wal-czy o siebie, nie broni się, nie wyjaśnia, nie odpowiada na stawiane zarzuty? Kiedyś była w domu, gdy rozmawiał przez telefon. Do jej uszu docierał podniecony, karcący głos roz-mówcy. Watchman uważnie słuchał, i odpowiadał tylko krótkimi słówkami: "tak" i "słucham". W końcu powiedział "dziękuję" i spokojnie odłożył słuchawkę. Nie wytrzymując dłużej, zapytała: "Z kim rozmawiałeś?" Odpowiedział jej wy-jaśniająco: ,,To był jeden z braci, którzy wytykają mi błę-dy". ,Czy on ma rację?" - dopytywała się żona. "Nie" -brzmiała jego odpowiedź. "A więc dlaczego nie dałeś mu właściwej odpowiedzi, tylko podziękowałeś mu i zakończy-łeś z nim rozmowę" - mówiła Charity z trudem opanowując zdenerwowanie. Wówczas -wyjaśnił jej: "Jeśli ktoś wynosi mnie pod niebo, w dalszym ciągu jestem sobą. I jeśli ktoś posyła mnie na dno piekła, także jestem sobą". Uważał za najważniejsze to, że Bóg jest sprawiedliwy!

W trudnym okresie wojny

Na wiosnę 1943 roku Japończycy utworzyli obozy dla internowanych cudzoziemców. Decyzja ta objęła także dr Stearnsa z rodziną i misjonarkę Elisabeth Fischbacher. Watch-man Nee razem z innymi troszczył się o dostarczenie im żywności i wszelkich niezbędnych rzeczy.

W fabryce, którą dalej prowadził pod zmienioną nazwą, produkowano sulfamidy, koncentraty witaminy B oraz inne specyfiki. Kłopoty związane z firmą nie malały, raczej się powiększały. Na nim spoczywała troska o zaspokojenie akcjonariuszy firmy i o utrzymanie się na rynku, mimo kon-kurencji innych przedsiębiorstw. Musiał niejednokrotnie uży-wać swoich talentów organizacyjnych i dyplomatycznych, by utrzymać się na powierzchni. Wojna zaostrzyła sytuację do granic wytrzymałości. Stojąc na czele firmy musiał dużo po-dróżować. Gdy nacierały wojska japońskie, wiele wyższych szkół, przedsiębiorstw i banków przeniosło się do prowincji zachodnich. Watchman Nee nie chcąc sprzedawać swych produktów Japończykom musiał podróżować na zachód kra-ju omijając linie frontów. Zapotrzebowanie na leki było tam ogromne. W ten sposób prawie dwa i pół roku spędził w po-dróżach między Czungcingiem i Szanghajem.

Kościół w Wen Te Li powiększył się podczas wojny przez migrację wierzących. Ponadto przeżywał duchowy roz-wój, który Pan sprawił używając do służby S. Kuanga. Był on przedtem misjonarzem działającym w Singapurze, i przez Indie dotarł do Szanghaju. Watchman Nee pomagał niektó-rym uciekinierom, zatrudniając ich w swojej firmie. Od cza-su do czasu pozwolono mu nawet głosić Słowo, i służył jak dawniej prosto i z mocą. W roku 1945 wygłosił serię kazań na temat: "Listów do Siedmiu Kościołów" na podstawie Księgi Objawienia (rozdz. 2-3).

Jego życie i praca dostarczały mu wiele podniet. W sfe-rze intelektualnej czuł się zaspokojony. Jednak z: drugiej strony uległ zupełnej przemianie. W niczym nie przypominał pracownika Ewangelii. Brakowało mu czasu na zajęcie się Panem a liczne świeckie troski związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa wyjałowiły go duchowo. Spokój duszy da-rowany mu przez Boga, znikł zupełnie. Wszystko to świad-czyło, że konieczna jest zasadnicza zmiana w jego życiu.

Na początku wojny Kościół w Wen Te Li zrezygnował z odbywania publicznych nabożeństw w sali i przeniósł je do domów prywatnych. W praktyce okazało się, że decyzja ta była słuszna. Sprawdziła się również w okresie powojen-nym, w nowej sytuacji społeczno-politycznej.

Japonia skapitulowała 15 sierpnia 1945 roku, i w czasie zimy Watchman Nee był znowu w Szanghaju, lecz nie mógł stanąć, na kazalnicy. Rozpowszechniano o nim fałsze twierdząc na przykład, że przywłaszczył sobie fundusze kościelne, lub że był kolaborantem współdziałającym z Japończykami, i inne. To wystarczyło. Z kolei jego najbliżsi przyjaciele zgorszeni byli jego działalnością w sferze spraw świeckich. W ciągu następnych kilku miesięcy rozluźnił swe więzi z przedsiębiorstwem, i po dokonaniu rozliczeń z akcjonariu- szami fabryki i spłaceniu kosztów związanych z jej funkcjonowaniem, odłożył spore fundusze na pracę misyjną w Chinach. W międzyczasie został także głową rodziny, i zgodnie ze zwyczajowym prawem chińskim przejął dom rodzinny znajdujący się w Fuczou. Przy pomocy Charity postanowił stworzyć tam ośrodek szkoleniowy dla nowych współpracowników.

Tu w domu rodzinnym zaczął na nowo szukać Boga - modląc się, poszcząc i studiując Pismo Święte. Wiara jego nie ustała nawet w czasie najtrudniejszych lat wojny, lecz duch jego potrzebował odnowy. Szukał Boga, pragnął nowego poznania Jego woli. Czekał, że Pan odpowie, że da znaki W tym czasie dr Ju zaczął w Szanghaju zgromadzać Kościół, który w wyniku działań wojennych rozproszył się, i duchowo przygasł. Współdziałał z nim bardzo energicznie, za- proszony także do pomocy, Witness Lee, którego służba przyniosła dobre owoce w czasie przebudzenia, które w czasie wojny Bóg darował w prowincji Szantung. W przeciwieństwie do W. Nee, który był obdarowanym ewangelistą i nauczycielem, Witness Lee był kaznodzieją, który mówił "z ogniem".

Organizacja nabożeństw w Wen Te Li

Przybywając do Szanghaju Witness Lee wniósł sporo zmian w życie społeczne. Hołdował przede wszystkim zasa-dom dyscypliny i sprawnej organizacji. Rozkład zgromadzeń kościelnych wyglądał w tym czasie następująco:

Najważniejsza praca odbywała się oczywiście w naj-mniejszej komórce wspólnoty, jaką była "grupa" (pai). Tam troszczono się najintensywniej o rozwój indywidualnego du-chowego życia członków Kościoła: pielęgnowano modlitwę, osobistą rozmowę, nauczanie biblijne i wzajemnie wychowy-wano się w Duchu Chrystusowym. Ten rozkład nabożeństw zapoczątkowany podczas okupacji japońskiej sprawdził się dalej w latach wojny i służył następnie "Małemu Stadku" w okresie powojennym.

W Kościele unikano podziałów na klasy, w związku z tym nie organizowano żadnych specjalnych zebrań "stano-wych" - dla mężczyzn, kobiet, studentów lub młodzieży. Częściowo tylko wydzielona była praca wśród dzieci, lecz miało to związek ze specyfiką życia dzieci. Jednak zupełnie nieoczekiwanie wyniknął dość szczególny problem: w Ko-ściele pojawiło się spore grono prawdziwie uzdolnionych sióstr-kaznodziejek. Nie wiedziano, co z nimi robić? Po pew-nym czasie zaczęto więc organizować specjalne zebrania dla sióstr. Wówczas kaznodziejki mogły występować i wygła-szać kazania.

W ruchu "Małego Stadka" od początku uważano, że dzie-ło ewangelizacji nie jest tylko sprawą kaznodziejów, lecz obowiązkiem wszystkich chrześcijan. Dlatego członków Ko-ścioła uczono podstawowych zasad duszpasterstwa ewange-lizacyjnego. Na końcu każdej ewangelizacji wierzący, którzy brali w niej udział zwracali się do siedzących obok nowych słuchaczy i starali się wyjaśniać im sens zwiastowania, pro-wadzić rozmowę duszpasterską i nawiązywać osobisty kon-takt. Przede wszystkim starano się pomagać w podjęciu oso-bistej decyzji życia dla Chrystusa. Wielu zachodnich misjo-narzy, którzy brali udział w tych nabożeństwach, było poru-szonych gorliwością i przygotowaniem wierzących do spra-wy ewangelizacji.

Trudności okresu powojennego

W ostatnim etapie wojny chińska partia komunistyczna wzmogła swoje działania zbrojne przeciw Japończykom. W czasie "długiego marszu", który rozpoczął się jeszcze w r. 1935, wyspecjalizowała się ona w prowadzeniu wojny partyzanckiej. W rezultacie Japończycy zostali zepchnięci do miast, gdzie mieli przewagę, gdy tymczasem na terenach wiejskich panowały wojska Mao Ce-tunga. Ludność wiej-ska udzielała żywiołowego poparcia partii komunistycznej, która na całym obszarze swej władzy konsekwentnie prze-prowadzała reformę rolną. Ostatni okres przed zakończeniem wojny ujawnił zdecydowaną wrogość między partią Mao Ce-tunga i partią narodową, której przewodził Czang-Kaj--szek. W walce zbrojnej ten ostatni zdobył nawet - w pierw-szym okresie - dużą przewagę. Opanował tereny, gdzie znajdowała się siedziba wojsk komunistów (marzec 1947). Jednakże w ostatecznym rezultacie losy wojny domowej potoczyły się w odwrotną stronę. A więc wbrew planom i działaniom Czang Kaj-szeka. Wojnę wygrała partia Mao Ce-tunga.

W tymże czasie Starsi Kościoła w Wen Te Li zdecydo-wali się wyjaśnić sprawę odsunięcia od służby kaznodziej-skiej Watchmana Nee. Witness Lee w r. 1946 zadał im za-sadnicze pytanie: "Czy odsuwając od służby W. Nee, kiero-wani byliście przez Ducha? [...] Czy potwierdzacie, że decy-zja ta przyniosła wam korzyść i odnowę życia?" Ich odpowiedź brzmiała: "Nie".

Na wiosnę 1947 roku jeden ze Starszych wyznał: "Spra-wa brata Nee sprawiła nam śmiertelny cios; żadne słowa nie zdołają wyrazić wszystkich jej złych skutków. Stawiany mu zarzut o współpracy z wrogiem i wiele innych, nie znajdują pokrycia w faktach. To było dzieło diabła [...] Lecz mamy na-dzieję, że nauczyliśmy się naszej lekcji. Opozycja przeciw jego powrotowi coraz bardziej maleje. On jest gotów, a wśród nas wzrasta tęsknota za jego powrotem (...] Czekamy więc na odpowiedni moment".

W międzyczasie Watchman Nee znalazł dwóch przemy-słowców, chrześcijan, którzy przejęli odpowiedzialność za firmę, i w kwietniu 1947 roku zawiadomił braci z Szanghaju, że jest gotów do podjęcia służby w Kościele. W Fuczou pro-wadził w tym czasie studium biblijne z małymi grupami współpracowników z prowincji Fukien, Czeciang i innych. Pomagał mu w tym dawny kolega szkolny K. H. Weigh. Watchman Nee opracował dziesięć wykładów wstępnych, po-święconych podstawowym prawdom zwiastowania o Krzyżu; zatytułował je: "Wolność dla Ducha". W późniejszym czasie praca ta wyszła na Zachodzie (po ang. "Release to the Spirit" oraz po niemiecku "Freiheit fur den Geist"). Prócz tego roz-począł prowadzenie wielkiej kampanii ewangelizacyjnej, przeznaczonej przede wszystkim dla studentów szkół wyż-szych.

Osadnictwo misyjne

Gdy Watchman Nee działał w Fuczou, Witness Lee pro-wadził także szeroką pracę ewangelizacyjną w Nankinie i Szanghaju. Jest on autorem nowej metody ewangelizacji, która polegała na tworzeniu wspólnot chrześcijańskich w ra-mach osadnictwa misyjnego. Organizował on grupy chrze-ścijan, składające się z przedstawicieli różnych zawodów, którzy osiedlali się na terenach zniszczonych podczas woj-ny. Żyjąc wspólnie i pracując na roli i w rzemiośle, ewan-gelizowali środowisko pogan. Ta metoda "misji przez osad-nictwo" zaczęła się sprawdzać i szybko przynosić dobre re-zultaty.

W rozwijaniu tej koncepcji pracy misyjnej, kierowano się wskazówkami zawartymi w Dziejach Apostolskich 8,1 nast.: "W owym czasie rozpoczęło się wielkie prześladowa-nie zboru w Jerozolimie i wszyscy, z wyjątkiem apostołów, rozproszyli się po okręgach wiejskich Judei i Samarii. Wszakże ci, którzy się rozproszyli, szli z miejsca na miejsce i zwia-stowali Dobrą Nowinę". Bracia rozumowali - wprawdzie nie mamy prześladowania, jednakże i bez tego możemy "rozpro-szyć się i zwiastować Dobrą Nowinę".

Właśnie Witness Lee był jednym z inicjatorów "misji przez osadnictwo". Do wspólnot należeli ludzie różnych za-wodów, całe chrześcijańskie rodziny, a więc: ogrodnicy, le-karze, pielęgniarki, krawcy, fryzjerzy i in. Szczególnie pożą-dany był zawód fryzjera, ponieważ do wykonywania tej pra-cy nie był potrzebny ani specjalny warsztat pracy, ani wy-posażenie. Można było go wykonywać w prawie każdych warunkach. Umożliwiał również prowadzenie szerokiej dzia-łalności ewangelizacyjnej i sprzyjał nawiązywaniu dobrych osobistych kontaktów. Każda ze wspólnot była autonomicz-na, utrzymywała siebie i prowadziła intensywne życie du-chowe: wspólne modlitwy, nauczanie biblijne, duszpasterstwo i pielęgnowanie społeczności. Pierwsze takie "grupy wspól-nego życia i świadectwa" wywędrowały z Czefoo w roku 1943. Potem inne udały się do Mandżurii Wewnętrznej -30 rodzin, a jeszcze inne do prowincji Szensi - 70 rodzin.

Powrót do służby

W odpowiedzi na list W. Nee Starsi Kościoła w Szang-haju zaprosili go do prowadzenia konferencji, którą wyzna-czono na wiosnę 1948 roku. Oczekiwano także przybycia 60 współpracowników z terenu całych Chin, 30 starszych i wielu innych członków Kościoła.

Po przyjeździe Watchman Nee udał się najpierw na oso-biste spotkanie ze Starszymi, wobec których wyznał popeł-nione grzechy i pojednał się z nimi. Przez ten akt odnowiona została jego społeczność ze Starszymi i z Kościołem.

"Wszystko dla Pana!"

Następnie wspólnie stanęli przed zgromadzonym Kościo-łem. Spotkał wielu wierzących, którzy pragnęli jego powrotu do służby, i ubolewali, iż jego nieobecność trwała tak długo: W czasie tego nabożeństwa Watchman Nee przekazał Ko-ściołowi poselstwo zawarte w Słowie: "Oddajcie więc, co Bożego - Bogu!" (por. Mt.22,21). Świadectwo wywarło po-tężny skutek: nawróciło się wiele mężczyzn i kobiet. W cią-gu jednego miesiąca ochrzczono 200 nowych wierzących. W sali, którą zbudowano z przeznaczeniem na 400 osób, tło-czyło się odtąd ponad 1,5 tysiąca ludzi. Zgromadzenie do-wiedziało się również, że Watchman Nee przekazał znaczne fundusze na dzieło ewangelizacji. Poza tym trwający chaos we wszystkich dziedzinach i niepewność jutra sprawiły, że wiele członków Kościoła na nowo oddało swe życie Bogu i całkowicie odwróciło się od świata. W ten sposób własno-ścią Kościoła w Wen Te Li stały się drukarnie, farbiarnie i inne przedsiębiorstwa i warsztaty. Nigdy nie przeżywano w Chinach takiego przebudzenia w Kościele. Hasło: "Wszyst-ko dla Pana!" lotem błyskawicy objęło cały kraj i przyniosło wielkie błogosławieństwo Pana. Mnóstwo ludzi nawróciło się.

Po pewnym czasie pojawił się nowy problem: Kościół zgromadził ogromne dobra i dysponował wielkimi fundusza-mi. Nic dziwnego, że w opinii ludzi z zewnątrz zaczęto utoż-samiać go z "kapitalizmem". Stało się to nieco później po-wodem wszczęcia akcji prześladowania przeciw Kościołowi.

W 1948 roku Watchman Nee opracował 25 podstawo-wych tematów biblijnych, przeznaczonych do nauczania nowo nawróconych. Te podstawowe lekcje wiary i życia chrześci-jańskiego szybko zostały przeniesione na teren innych Kościołów i spotkały się z powszechnym uznaniem.

W nauczaniu biblijnym, które W. Nee zorganizował w rodzinnym domu w Fuczou, wspierali go Simon Meek, Lukas Wu, Faithful Luke i długoletnia misjonarka Joy Betteridge, mająca dwudziestoletnie doświadczenie w pracy misyjnej.

Watchman Nee był prawie sześć lat poza normalną służ-bą w Kościele, i odtąd czuł się "jak otwarta śluza wodna", przemawiając na wiele tematów. Mówił więc na temat uzdol-nień misyjnych, służby Słowem, zasad duchowego autoryte-tu, problemu choroby i in. Z wykładów prowadzonych wów-czas powstały następujące książki, wydrukowane potem w Stanach Zjednoczonych i w Europie: "The Normal Christian Worker" (niem.: "Der normale Mitarbeiter, Winthertur, wyd. 3, 19'71), "The Ministry of God's Word" (New York, 1971), "Spiritual Authority" (New York, 1972) "Basic Lessons" (6 tomów, New York, 1972; dzieło to ukazało się także w języku niemieckim) i inne.

Na spotkanie nowych czasów

Gdy w czerwcu 1947 roku prowadził nauczanie biblijne, w całym kraju rozgrywały się w tym czasie decydujące wy-padki w życiu politycznym i społecznym. W 1947 roku Mao Ce-tung skierował swoje uderzenie w kierunku Honan, a we wrześniu tego samego roku jego wojska dotarły do rzeki Jang-cy. Inne uderzenia skierował na północ i wschód. Na początku 1948 roku zdobyto Mandżurię. Armie Mao Ce-tunga górowały nad przeciwnikiem gotowością do walki w każdych warunkach i ogromnym zdyscyplinowaniem. W szeregach Czang Kaj-szeka panowała korupcja i mnożyły się dezercje. Uważni obserwatorzy łatwo więc mogli przewidzieć rezultat końcowy tych zmagań.

W tym czasie znowu z uwagą słuchano zwiastowania Watchmana Nee i wiele czasu poświęcano na modlitwę. Wierzący błagali Boga, by zostawił otwarte drzwi dla zwia-stowania Ewangelii. Starsi Kościoła razem z nim trwali w mo-dlitwie, pragnąc być z Kościołem w momencie, gdy w kraju nastąpi przejęcie władzy przez komunistów. Jednak kierując się również poczuciem odpowiedzialności za całość sprawo-wanego Dzieła, Watchman Nee osobiście doradził niektórym kaznodziejom, by wyjechali do służby zagranicę. W ten spo-sób udał się na emigrację, między innymi, Witness Lee z ro-dziną.

Watchman Nee i pozostali Starsi uważali, że miejsce Ko-ścioła jest wśród narodu chińskiego. Czang Kaj-szek i jego ludzie mogli uciekać, jednakże Kościół Boży miał zostać wśród narodu - w miejscu, w którym postawił go Pan.

Nowa sala zgromadzeń

3 stycznia 1949 roku armia wyzwoleńcza zajęła Pekin, a 20 kwietnia tego roku Mao Ce-tung wydał rozkaz prze-prawy przez rzekę Jang-cy i oswobodzenia prowincji po-łudniowych. W tym czasie Watchman Nee i jego współpra-cownicy byli zajęci pracą ewangelizacyjną i byli w ciągłych rozjazdach. Faithful Luke był w Singapurze, Simon Meek w Manili (Filipiny). Swoją żonę i kilka innych sióstr W. Nee wysłał do Hongkongu, który znajdował się trochę dalej od działań wojennych. Kościół w Szanghaju przeniósł się w tym czasie do nowej sali mogącej pomieścić 4000 słuchaczy.

25 maja 1949 roku oddziały armii wyzwoleńczej wkro-czyły do Szanghaju. Ich dyscyplina i dobre umundurowanie rzucały się w oczy wprowadzając uspokojenie w życie miesz-kańców Szanghaju, którzy obawiali się gwałtów i plądrowa-nia domów. Watchman Nee w tym czasie prowadził studia biblijne i służył na nabożeństwach. Ponadto przygotowywał współpracowników do życia w nowych warunkach politycz-no-społecznych.

W ciągu kilku następnych miesięcy armia wyzwoleńcza oswobodziła dalsze prowincje Chin. 1 października 1949 roku proklamowano utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Mao Ce-tung został szefem państwa i partii komunistycznej, a Czou-En-Laj - premierem rządu. W pierwszym okresie po przejęciu władzy przez komunistów Kościół mógł działać bez większych przeszkód.

Ze Swatow dotarła w tym czasie wiadomość o śmierci jego matki, Lin Huo-ping. Ponieważ był bardzo zajęty, po-prosił swoją najstarszą siostrę Czan, która stale mieszkała z matką, by zajęła się zorganizowaniem pogrzebu. Sam po-został w Hongkongu, żeby zatrzymać falę emigracji wierzą-cych z terenu Chin. Uwolnił się też ostatecznie od odpowie-dzialności za los firmy farmaceutycznej, która przysporzyła mu takie mnóstwo kłopotów - przekazał ją koncernowi che-micznemu działającemu w Mandżurii.

Po powrocie do Szanghaju podczas jednego z nabożeństw mówił o konieczności wykorzystania czasu i możliwości przez chrześcijan. "Żaden sługa Boży nie powinien zadowalać się tym, co już osiągnął, ponieważ traci się przez to wiele mo-żliwości [...] Dzisiaj jest 7 lipca 1950 roku. 'Wykupować czas' oznacza chwytanie możliwości, które Bóg dzisiaj nam daje. Jeśli Kościół zakopie swój talent, spowoduje przez to niepo-wetowaną stratę. Być może sobie myślimy, że jeśli zbudo-wano nową salę zgromadzeń przy ulicy Nanjang, to możemy przesiedzieć tu w spokoju do końca życia. Mamy przecież swoje nabożeństwa, Słowo jest zwiastowane i jeśli nawróci się 10 lub 20 osób, to wszystko w porządku. Ale gdyby Pan zapragnął zdobyć w ciągu jednego dnia 1000 dusz, to wobec tego przeszło 900 poszło by na zatracenie [...] Gdy Bóg dzia-ła, my również działajmy! Gdy drzwi otwierają się tylko tro-szeczkę, to wchodźcie przez nie, ponieważ zło polega na tym, że okoliczności nie czekają na nas..."

Wspólnota z "Rodziną Jezusową"

W tym czasie zaproponował wierzącym by pielęgnowali i rozwijali społeczność z najbliżej spokrewnionymi grupami chrześcijan, zwłaszcza z ruchem nazywającym się ;,Rodziną Jezusową". Taką nazwę ma ruch przebudzeniowy, który zo-stał zapoczątkowany w Ma-Czuang, w roku 1921. Członko-wie "Rodziny Jezusowej" starali się żyć na wzór chrześcijan z Dziejów Apostolskich, przenosząc zasady wiary na życie rodzinne. Stąd pochodzi nazwa "Rodzina Jezusowa" (lub "wspólnota Jezusowa"). I mimo różnych nieporozumień wy-nikających z braku właściwego nauczania biblijnego, ruch skupiał wierzących, którzy starali się żyć według Biblii, bę-dąc autentycznym ewangelikalnym ruchem chrześcijańskim. Propagowali m.in. wspólnotę dóbr materialnych.

W Kościołach "Małego Stadka" na nabożeństwach ape-lowano do wierzących i zaklinano ich, żeby nie emigrowali. Watchman Nee wierzył, że uda się pomyślnie ułożyć stosunki między ludźmi ewangelicznie wierzącymi a nowymi władza-mi. Chociaż, rzecz jasna, był świadom tego, że praktycznie wszystko uzależnione będzie od tego, w jakim stopniu gwa-rantowana konstytucyjna wolność sumienia i wyznania, bę-dzie przestrzegana przez nowy rząd.

Apelowano więc gorąco do wierzących, by nie emigro-wali, lecz, żeby uznając wolę Pana, zostali w Chinach. Za-chęcano ich i uświadamiano, że powinni zrezygnować z dą-żenia do wygód materialnych, oraz by jako chrześcijanie i dobrzy Chińczycy współpracowali z władzami, jeśli zostaną wezwani do pracy przy budowie dróg publicznych i instalacji nawadniających. W żadnym zaś przypadku nie powinni po-stępować wbrew postanowieniom Słowa Bożego - i nie za-pierać się swojej wiary w Boga.

Kontynuacja "Osadnictwa Misyjnego"

W tym czasie sporo wierzących z Kościoła gromadzącego się przy ulicy Nanjang udało się na tereny szczególnie dotknięte zniszczeniami wojennymi (np. prowincja Kiangsi). Nowi osadnicy budowali tam prowizoryczne domostwa, zajmowali się uprawą roli, żyli we wspólnotach, starając się w swoim codziennym życiu składać praktyczne świadectwo o Jezusie Chrystusie. Była to kontynuacja działalności rozpoczętej podczas wojny. Wierzący pragnęli odbudowywać zniszczony kraj i praktykować swą wiarę w Boga. Ale po krótkim okresie swobody wszelka działalność chrześcijań-ska - w rejonach wiejskich - została zahamowana przez władze. Styl życia "Małego Stadka" przypominał zasady praktykowane przez "Rodzinę Jezusową", której działalność wcześniej została zakazana. Członków "Rodziny Jezusowej" zwalczano bardzo ostro, oskarżając ich o przewrotne moty-wy i wrogą działalność wymierzoną - rzekomo - przeciw-ko ludowemu państwu. Stało się tak dlatego, że ich zasady wiary i praktyka życia były w pewnych punktach zbieżne z ideologią komunistyczną. Członkowie "Rodziny Jezusowej" np. praktykowali wspólnotę dóbr materialnych - na podsta-wie Biblii (por. Dz. Ap.2,44; 4,32). W tym samym czasie sytuacja chrześcijan żyjących w miastach była zupełnie od-mienna.

Mary Weller, misjonarka przebywająca wówczas w pro-wincji Czeciang, krótko po swoim wyjeździe z Chin, pisała: "Wpływ "Małego Stadka" wszędzie rzuca się w oczy. W dal-szym ciągu prowadzona jest ewangelizacja i to w nowy i zdecydowany sposób. Ruch ten posiada wielki plus, który bardzo się liczy w nowej sytuacji, jaka nastała w Chinach; otóż nie miał on nigdy powiązań z misjami zagranicznymi. Czyż Bóg nie przygotował ich właśnie na taką sytuację, jaka nastała? Ruch jest dobrze zorganizowany, prężny i dobrze wykorzystujący swe możliwości, ponadto jego kierownictwo spoczywa w rodzimych rękach. Wierzący są rozwinięci du-chowo i objawiają wielką gorliwość misyjną".

W innej korespondencji ta sama misjonarka donosiła o możliwości połączenia różnych grup ewangelikalnych. "Zjednoczenie takie mogło by odbyć się pod przewodnictwem 'Małego Stadka' i może ono okazać się najlepszą gwarancją bezpieczeństwa w obecnych trudnych czasach".

A w roku 1951 pisała (w: China Millions) : "Z zaintere-sowaniem obserwuje się, jak 'Małe Stadko' lub też, jak oni sami chętniej się nazywają 'Chrześcijańskie Zgromadzenie' rozwija się, stając się jednym z największych zgromadzeń chrześcijańskich w Chinach".

Według pewnych statystyk ruch "Małego Stadka" w sa-mej tylko prowincji Czeciang liczył w r. 1957 - 362 zborów i skupiał ok. 36 tys. członków. Uważa się, że ruch ten obej-mował swoim zasięgiem 15-20 % wszystkich chrześcijan w Chinach.

Trzy razy "Sam"

W 1949 roku wielu misjonarzy - cudzoziemców miało na-dzieję, że będą mogli dalej pracować w Chinach, i że sto-sunki między nowymi władzami a Kościołem, ułożą się po-myślnie. I właściwie w pierwszym okresie tak było. Zmiany zaczęły się po serii spotkań, jakie miały miejsce w maju 1950 roku. Ówczesny premier Czou-En-Laj konferował z trze-ma przedstawicielami liberalnych protestantów. Na czele tej reprezentacji znalazł się J. T. Wu - należący do Chrześci-jańskiego Związku Młodych Mężczyzn (YMCA). W wyniku rozmów odbytych ż premierem, przedstawiciele liberalnych protestantów opracowali manifest obowiązujący wszystkich chrześcijan-protestantów. Podporządkowywał on nowym wła-dzom wszystkie Kościoły i zobowiązywał chrześcijan do współpracy nad realizacją rządowego programu reform. W re-zultacie prowadziło to również do zerwania wszelkich więzi z chrześcijanami żyjącymi zagranicą, których utożsamiono z siłami imperialistycznymi.

Przedstawiciele wyznań protestanckich utworzyli nieba-wem komitet przygotowawczy do spraw odnowy Kościoła w Chinach, tzw. "ruch reformistyczny trzech zasad samo-dzielności". Odtąd Kościół był zobowiązany "sam" się rzą-dzić, "sam" siebie utrzymywać i "sam" się rozwijać. W od-niesieniu do stosunków kościelnych słowo "sam" było poj-mowane jako przeciwieństwo "imperializmu". Nowy ruch re-formistyczny został podporządkowany zarządowi biura do spraw wyznań a ono z kolei podlegało pekińskiemu Komi-tetowi do spraw kultury i oświaty. Charakter nowego ruchu najdobitniej wyrażał główny slogan: "Kochaj swój Kraj! Ko-chaj swój Kościół!".

Jednocześnie powołano do życia czasopismo "Tien Feng" (Niebiański Wiatr), i wkrótce już stało się ono oficjalnym organem - a potem w ogóle jedynym pismem - kościelnym w Chinach. W ciągu następnych miesięcy rozpoczęła się w całym kraju akcja zbierania podpisów pod manifestem "ruchu reformistycznego" (The Three Self Movement).

W ciągu roku 1951 wyjechali z Chin prawie wszyscy mi-sjonarze. Wieloletnie więzi łączące chrześcijan w Chinach z wyznawcami żyjącymi zagranicą, zostały zerwane. Wię-kszość misjonarzy powracała do swoich krajów statkami wy-pływającymi z Szanghaju. Stąd też wielu z nich żegnało się z Kościołem w Chinach podczas nabożeństw przy ulicy Nan-jang. Silne wrażenie wywarły na nich - co później wspo-minano - zdecydowanie i stałość w wierze oraz gorliwość misyjna członków Kościoła w Szanghaju.

"Przyszłość ewangelizacji - zadaniem samych Chińczyków..."

W tym czasie miało miejsce spotkanie Lesliego Lyalla świetnego znawcy chrześcijaństwa w Chinach, który wraz z grupą misjonarzy opuszczał kraj, a Starszymi Kościoła w Szanghaju na czele z Watchmanem Nee. Na pytanie, co mogą wierzący jeszcze uczynić dla Kościoła w Chinach i jaka będzie przyszłość misji chrześcijańskiej w tym kraju, W. Nee odpowiedział:

"Przetłumaczcie trochę dobrych komentarzy biblijnych. Odczuwamy gwałtowny brak takiej dobrej literatury. Potem przyjedźcie znów do nas, nie jako ewangeliści, lecz Starsi, aby służyć w Zgromadzeniach. Ewangelizacja stać się musi w przyszłości zadaniem samych Chińczyków...".

"Wystawcie Mnie na próbę - mówi Pan...."

Na początku 1950 roku yVatchman Nee wygłosił słynne kazanie poświęcone sprawie błogosławieństwa Bożego. Po-wiedział wówczas m.in.: Jeśli pięć chlebów może nasycić pięć tysięcy ludzi i zo-staje jeszcze dodatkowo dwanaście koszy resztek, to to jest błogosławieństwo. Jeśli owoc twojego działania w niczym nie jest uzależniony od twoich darów, to to jest błogosła-wieństwo. Powiedzmy jeszcze wyraźniej: jeśli myślisz o wszy-stkim, co fałszywie zrobiłeś i nie liczysz na żaden rezultat a jednak jest rezultat twojej pracy, to to jest błogosławień-stwo. Wielu z nas oczekuje tylko takich rezultatów, które są zgodne z naszymi założeniami. Lecz błogosławieństwo jest takim owocem (rezultatem), który jest niezależny od nas sa-mych. W tym przypadku nie obowiązuje prawo przyczyno-wo-skutkowe. W przeciwnym razie ono uzależniało by Boga od naszych możliwości. Lecz gdy łączymy się z błogosławień-stwem Bożym, zaczynają się dziać rzeczy, które wykraczają daleko poza naszą wyobraźnię i przewyższają nasze naj-skrytsze oczekiwania.

Błogosławione życie - konkludował - powinno stać się normalnym życiem chrześcijańskim i nasza praca powinna być taką, żeby spoczywało na niej błogosławieństwo Boga. 'Wystawcie mnie na próbę - mówi Pan Zastępów - czy wam nie otworzę okien niebieskich i nie wyleję na was bło-gosławieństwa ponad miarę...' (por. Mal.3,10). Tutaj w Szang-. haju, na początku 1950 roku, to Słowo jest jeszcze Słowem Boga".

Czas rozstrzygnięć

W dniach od 16 do 21 kwietnia 1951 roku władze zorganizowały konferencję w Szanghaju. Uczestniczyło w niej 181 przedstawicieli Kościołów chrześcijańskich. Postawiono im żądanie, by oczyścili swoje szeregi od "wszelkich wpływów imperializmu". 2 maja 1951 roku L. M. Liu, sekretarz Chrześcijańskiego Związku Młodych Mężczyzn (YMCA), opublikował w miesięczniku "Niebiański Wiatr" wytyczne o sposobie "przeprowadzania samokrytyki na gruncie kościelnym". (W swoich tezach oparł się na treści 23 rozdz. Ewangelii św. Mateusza). 10 czerwca 1951 roku na wielkim stadionie sportowym odbyło się pokazowe zebranie, na które ściągnięto wielu wierzących. Wkrótce cały kraj objęła kampania oczyszczania Kościoła z "wrogich elementów". Była ona częścią ogólnokrajowej kampanii o likwidację korupcji, prostytucji i przestępczości. W następnej fazie przedmiotem krytyki stały się wyznania chrześcijańskie, a zwłaszcza ich przywódcy. Na tej fali w listopadzie 1951 roku pojawił się kolejny artykuł na łamach "Niebiańskiego Wiatru", skierowany przeciwko "Małemu Stadku". Watchmana Nee przedstawiono, w oparciu o "szczere wypowiedzi członków Kościoła" jako człowieka silnej ręki "kontrolującego życie kościelne w sposób autokratyczny, wykraczający daleko poza sferę religii, i dla realizacji swoich totalitarnych celów nie wahającego się nawet przed posługiwaniem się hasłami antyrewolucyjnymi, ponadto nazywającego siebie bezwstydnie 'Apostołem Boga'".

Aresztowanie Watchmana

W tym czasie Watchman Nee zajmował się opracowa-niem następnej serii studiów biblijnych poświęconych tema-towi "Dowody uzasadniające istnienie Boga". Wkrótce we-zwano go do złożenia wyjaśnień na temat działalności firmy farmaceutycznej, którą prowadził w czasie wojny. Był w peł-ni świadom, że w jego życiu i w życiu Kościoła w Chinach, nastał okres decydujących rozstrzygnięć.

Na wiosnę 1952 roku pożegnał się z braćmi i siostrami, przekazał Kościołowi poselstwo od Boga, i pełen troski o los swojej żony, wyjechał do Harbinu (Mandżuria). Jego obawy potwierdziły się. Było to jego ostatnie wystąpienie publiczne przed ogłoszeniem wiadomości o jego aresztowaniu, co po-dano do publicznej wiadomości dopiero 1 lutego 1956 roku.

Po przybyciu do Mandżurii aresztowano go 10 kwietnia 1952 r. Wstępne przesłuchania odbyły się w Harbinie i być może w Pekinie. Nazwano go "kapitalistycznym tygrysem" oskarżając - w związku z dawniejszą działalnością w firmie farmaceutycznej - o defraudację dużych sum pieniędzy. Firmę obłożono grzywną w wysokości odpowiadającej pra-wie 6 milionom zachodnich marek. A ponieważ Watchman nie przyznał się do stawianych mu zarzutów, a firma nie była w stanie zapłacić tak wysokiej grzywny - on został w więzieniu a firmę skonfiskowano. Uznano go za pospoli-tego przestępcę, ponieważ nie udało się udowodnić jego powiązań, ani "Małego Stadka" z ośrodkami zagranicznymi.

Modlący się Kościół

"Małe Stadko" stanęło przed wielkimi trudnościami. Jednak życie zborowe w miastach rozwijało się nadal pomyślnie. Kościół w Szanghaju nawet zwiększył swoją liczbę członków. Przydały się wierzącym doświadczenia zdobyte w czasie okupacji japońskiej i wojny. Kościół mógł żyć i rozwijać się, dlatego że nauczył się prowadzenia nabożeństw domowych. Dalej prowadzono działalność ewangelizacyjną, drukowano i rozpowszechniano studia biblijne wcześniej przygotowane przez W. Nee. Bóg zesłał duchowe przebudzenie, które objęło kręgi młodzieży i studentów. W sali zgromadzeń przy ul. Nanjang odbywały się, zapoczątkowane dawniej, konferencje noworoczne. W wielu innych Kościołach wierzący modlili się gorliwie o "Brata Watchmana". W tym czasie podobny los spotkał innych przywódców kościelnych, pastorów i zwykłych chrześcijan. Aresztowany w lipcu 1955 roku, wraz z żoną, bardzo popularny ewangelikalny kaznodzieja z Pekinu, Wang Ming-tao - po wielu dramatycznych przeżyciach - w ogóle zniknął bez wieści.

Proces i kara więzienia

18 stycznia 1956 roku władze zorganizowały konferen-cję, podczas której wyjaśniono "szczegóły wrogiej działalno-ści i toczącego się procesu" przeciwko W. Nee. Członków Ko-ścioła zachęcano do szczerych, krytycznych wypowiedzi prze-ciwko swemu przywódcy. W akcie zawierającym 2296 stron Watchman Nee został oskarżony: o szpiegostwo i sabotaż, działalność antypaństwową, nadużycia finansowe i niemo-ralne życie.

Na tej konferencji dwaj z grona Starszych Kościoła pu-blicznie odrzucili to pięciopunktowe oskarżenie uznając je za bezpodstawne: Niektórzy współpracownicy, jak dr Ju, Ruth Lee i Peace Wang odważnie odseparowali się od uczest-nictwa w kampanii oszczerstw przeciw Watchmanowi Nee, którą jednocześnie prowadzono. Jednak znaleźli się człon-kowie Kościoła, w tym dość dużo kobiet i studentów, którzy przyłączyli się do kampanii oszczerstw .

29 stycznia 1956 roku sprawa W. Nee była rozpatrywa-na w urzędzie do spraw bezpieczeństwa publicznego. Od-czytano mu znane już pięciopunktowe oskarżenie, i po za-kończeniu tego etapu, sprawę przekazano do sądu najwyż-szego. Tego dnia aresztowano dr Ju i kilka odważniejszych sióstr; które odmówiły uczestnictwa w kampanii oszczerstw. 30 stycznia w sali kościelnej przy ul. Nanjang odbyło się publiczne zebranie zorganizowane przez władze i wobec 2500 członków Kościoła ogłoszono pięciopunktowe oskarże-nie przeciwko W. Nee. On sam nie był obecny na zebraniu, ponieważ siedział w więzieniu w Szanghaju. Oficjalne ogłoszenie o jego aresztowaniu i toczącym się procesie zostało podane do wiadomości publicznej w prasie dopiero 1 lutego 1956 roku.

W ciągu następnych miesięcy członków "Małego Stad-ka" wezwano "do odcięcia się" od wrogiej działalności i dzie-dzictwa W. Nee i do poparcia tez programowych "ruchu re-formistycznego". Publiczne oskarżenie przed sądem odbyło się 25 VI 1956 r. Nie był to proces sądowy w ścisłym słowa znaczeniu, ponieważ wcześniej już uznano przestęp-stwo W. Nee za udowodnione. W rezultacie skazano go na 15 lat więzienia - "na przeszkolenie przez pracę", wliczając w to 4 lata aresztu śledczego. Okres uwięzienia rozciągnięty został ostatecznie na 20 lat. Przedłużenie okresu kary nigdy nie zostało uzasadnione.

Los Charity (I)

Żona Watchmana, Charity, była w szpitalu na obserwacji lekarskiej na przełomie 1955/56 roku. W okresie nasilonej kampanii oszczerstw przeciwko mężowi, aresztowano ją. W roku 1957 została zwolniona. Po powrocie do domu zaczął się długi okres jej osamotnienia. Bo tylko nieliczni członko-wie Kościoła mieli odwagę ją odwiedzać. Charity nazwano "przestępczą reakcjonistką", dlatego utrzymywanie więzi z ludźmi, mogło mieć dla nich przykre skutki. Pozbawiono ją przy tym - bez wyroku - wszelkich praw obywatelskich. Oczywiście żadnej rozprawy sądowej przeciwko niej nie wszczynano.

Niektórzy chrześcijanie odwiedzali ją po zapadnięciu zmroku, modlili się z nią i dzielili świadectwem o Panu Je-zusie. Ale praktycznie było tak, że odwiedzający wynosili więcej korzyści wewnętrznych z tych spotkań, niż ona sama. Pan darował jej siłę i wielką odporność wewnętrzną, tak, że mogła innych podtrzymywać na duchu. Na pierwsze widze-nie się z mężem pozwolono jej dopiero po 5 latach jego uwięzienia. Odtąd raz w miesiącu składała wizytę w więzie-niu. Jemu przysługiwało prawo do napisania jednego listu miesięcznie.

Los Watchmana (I)

Watchman Nee siedział w więzieniu szanghajskim wy-budowanym jeszcze przez Brytyjczyków w r. 1913. Cela mia-ła trzy metry na półtora, dobę więzienną podzielono na trzy części: 8 godzin pracy fizycznej, 8 godzin szkolenia ideolo-gicznego i 8 godzin snu. Więźniowie otrzymywali trzy po-siłki dziennie, ale przy ciężkiej pracy fizycznej były to racje głodowe. Po pewnym czasie zezwolono W.Nee "w ramach przeszkolenia przez pracę" na tłumaczenie z jęz. angielskie-go artykułów naukowych z dziedziny medycyny i chemii. Nie miał także prawa do posiadania Biblii, zdany więc był tylko na te fragmenty, które znał na pamięć.

Los Kościoła

Mimo ogromnych trudności Kościół gromadzący się przy ul. Nanjang żył i działał. W przekazach docierających z Chin w roku 1957 dowiadujemy się, że odbywały się tam regular-ne nabożeństwa niedzielne, zwiastowano Słowo Boże i odby-wała się Wieczerza Pańska, a nawet spotkania młodzieżowe. Młodzi chrześcijanie zwiastowali: "Pan jest pieśnią i mocą moją, i stał się zbawieniem moim. On Bogiem moim..." (por. 2 Mojż.15,2; Ps.118,14; Izj.12,2). Latem 1957 roku w krę-gach studenckich zaczęło się duchowe przebudzenie. Wpły-nęła na nie lektura pism m.in. dwóch uwięzionych chrześci-jan: Watchmana Nee i wspomnianego już fundamentalisty Wang Ming-tao.

Wielu młodych chrześcijan rozpoczęło wówczas akcję uczenia się na pamięć większych fragmentów Pisma Świę-tego.

Sytuacja jednak znacznie pogorszyła się po ogłoszeniu w styczniu 1958 toku akcji "Wielkiego Skoku". W pierw-szym etapie poddano ścisłej kontroli wygłaszane kazania w kościołach i teksty używanych pieśni. Zabroniono np. zwia-stowania prawdy biblijnych: o powtórnym przyjściu Pana Jezusa Chrystusa i o Bożych sądach nad światem. Fala prze-śladowań spotkała żyjących dotąd na wolności pastorów i pracowników kościelnych. Duchownych zaczęto powszech-nie obwiniać o niemoralne prowadzenie się. Wywołało to dodatkowe zamieszanie w Kościołach i wielu chrześcijan za-niechało czynnego uczestnictwa w życiu kościelnym.

W następnym okresie rozpoczęła się akcja likwidacji kaplic i domów modlitwy. W sali zgromadzeń przy ul. Nan-jang otworzono jakąś fabrykę. Wszystkie obiekty kościelne przejęto i przeznaczono na cele społecznie użyteczne. Ostać się duchowo mogły tylko te Kościoły, które nauczyły się prowadzenia nabożeństw domowych (por. Kol. 4,15).

Jakiś więzień, którego zwolniono latem 1958 roku, oznaj-mił, że z celi Watchmana Nee codziennie rozbrzmiewały pieśni, którym przysłuchiwali się więźniowie. W tym samym roku odbyły się procesy Ruth Lee i Peace Wanga. Otrzymali oni wyroki skazujące na 15 lat więzienia ponieważ odmówili oskarżeń przeciwko W. Nee. W tym czasie zmarł na wolno-ści, zwolniony z powodu choroby, dr Ju. Chorował na raka. Do samego końca pozostał wierny świadectwu Jezusa Chry-stusa.

Gdy w maju 1960 roku trzej "chrześcijanie-himalaiści" wnieśli na szczyt Mount Ewerestu gipsowe popiersie Mao--Ce-tunga w Chinach trwał już kryzys gospodarczy świad-czący o tym, że akcja "Wielkiego Skoku" nie przyniosła ocze-kiwanych rezultatów.

Los Charity (II)

W 1966 roku rozpoczęła się tzw. "rewolucja kulturalna". W tym czasie mieszkanie Charity w ciągu 10 miesięcy było 13 razy przeszukiwane przez członków "czerwonej gwardii". Splądrowano je od strychu do piwnic i rozgrabiono wszyst-ko, co mogło mieć wartość lub co w jakikolwiek sposób było związane z wiarą chrześcijańską i z Bogiem. Charity była bliska zupełnego załamania. Jej osamotnienie zwielokrotnia-ło życie w ciągłym zagrożeniu i niepewności.

Kiedyś przygotowała jakieś drobiazgi, które lubił Watch-man Nee, i wspięła się na krzesło chcąc je umocować. Ale niespodziewanie straciła równowagę, upadła na podłogę, bo-leśnie potłukła się i złamała sobie kilka żeber. Zapewne wy-padek ten był spowodowany atakiem serca? W rezultacie znalazła się w szpitalu, i tam - zanim Pan odwołał ją do siebie - zdążyła ją jeszcze odwiedzić jej siostra. To ona przekazała siedzącemu w więzieniu Watchmanowi wiado-mość o śmierci żony. Charity zmarła jesienią 1971 r.

Watchman przeżył to boleśnie. Prosił szwagierkę, by zajęła się pogrzebem Charity. A tak cieszyli się, że dane im będzie - być może - spotkać się we własnym domu 10 kwietnia 1972 roku, po odbyciu kary 20 lat więzienia...

Los Watchmana (II)

W 1962 roku dwaj Starsi z ruchu "Małego Stadka" po odbyciu kary 10 lat więzienia wyszli na wolność. Donosili, że Watchman jest chory i fizycznie bardzo wycieńczony. Przez pewien czas był leczony na serce w szpitalu więziennym. Korzystał dzięki temu ze zwolnienia od pracy fizycznej.

W roku 1966 kraj ogarnęła "rewolucja kulturalna" i znacznie powiększył się chaos panujący w życiu społecz-nym. Kult Mao-Ce-tunga osiągnął wówczas szczyt. W 1967 roku minęło 15 lat od uwięzienia W. Nee, lecz dalej pozo-stawiono go w więzieniu z braku oznak "poprawy".

Jaki był ostatni okres jego życia nie wiadomo. Zachował się list adresowany do szwagierki, którą nazywa swą "star-szą siostrą", nawiązując do wspomnień z dzieciństwa. List jest datowany 7 IV 1972 r. Kilka tygodni później przeniesio-no go do otwartego obozu pracy w prowincji Anhwei, i wia-domo jedynie, że zmarł tam 1 czerwca 1972 roku.

W swoim liście Watchman Nee pisze: "Otrzymałem Twój list z dnia i kwietnia i wywnioskowałem z niego, że moja odpowiedź listowna, w której potwierdzam odbiór Twej prze-syłki, jeszcze nie dotarła do Ciebie. Wszystko, co w nim wymieniasz otrzymałem, i jestem Ci za to bardzo serdecznie wdzięczny. [...] Jak wiesz moja chroniczna dolegliwość nie ustąpiła. Ataki są oczywiście bardzo bolesne, lecz w między-czasie było nie najgorzej. Częstotliwość ponawiania się obja-wów jest nieregularna, i o poprawie nie ma co myśleć. Mój wygląd zewnętrzny trochę polepszają promienie słoneczne, ale to nie ma żadnego wpływu na samą dolegliwość. Jestem jednak pełen radości, i Ciebie także proszę, żebyś się nie niepokoiła. Mam nadzieję, że uważasz na siebie i że Twoje serce jest przepełnione radością. Z dobrymi życzeniami: Szu-chu".

Bóg się nie zmienia!

Podczas "rewolucji kulturalnej" gdy zamknięte zostały wszystkie czynne kaplice i domy modlitwy, zabroniono tak-że odbywania nabożeństw domowych a duchownym wydano nakaz, by powrócili do miejsc swego urodzenia. Przestał ukazywać się nawet "Niebiański Wiatr" - oficjalny organ "ruchu reformistycznego".

Rozchodziły się wówczas pogłoski, że proponowano "wy-kupienie" Watchmana Nee w zamian za złożenie wysokiej kaucji dewizowej. Żądana suma była nawet zebrana w Hong-kongu, lecz ostatecznie - z niewyjaśnionych przyczyn -do "transakcji" nie doszło. Watchman Nee niezmiennie wy-znawał zasadę, że "nie znajduje się w rękach ludzi pozba-wionych sumienia, lecz że jest w Bożych rękach". To wyzna-nie streszczają jego słowa:

"W jakim celu jesteśmy powołani? Nie zostaliśmy po-wołani do pełnienia jakiegoś dzieła chrześcijańskiego, lecz w tym celu, żeby być w woli Boga i to robić, czego On sobie życzy. Bóg .określił z góry los każdego chrześcijanina. I gdy przy końcu życia będziemy mogli za Pawłem powtórzyć: Biegu dokonałem...>> - będzie to wówczas prawdziwe bło-gosławieństwo. Święci starotestamentowi służyli swojej ge-neracji i odchodzili. Ludzie przemijają, lecz Pan trwa nie-zmiennie. Bóg odwołuje jednych swoich współpracowników, i ustanawia nowych. Nasza praca poddana jest cierpieniu, ale Jego - jest niewzruszona. On jest Bogiem".

Odczytanie ostatniego znaku

Kiedy uważnie śledzi się poszczególne słowa ostatniego listu Watchmana Nee podpisanego zdrobniałym imieniem "Szu-chu" używanym w dzieciństwie, rzuca się w oczy fakt, że on jest wolny od rozczulania się nad sobą, i że pisze o swej wewnętrznej radości. Słowa te znakomicie odzwier-ciedlają charakter osoby nadawcy. Troszczy się bardziej o los swojej szwagierki. Dalej zwraca uwagę fakt, że nie wspo-mina Imienia Boga, co było prawdopodobnie zabronione przez więzienną cenzurę. W. Nee znajduje jednak inne roz-wiązanie, i jak twierdzą znawcy, w dwóch słowach używa pewnego kodu. Słowo "si-loh" oznacza "radość" i słowo man--cu" - "pełnię" (albo "bycie pełnym"). Zatem według zna-jących język chiński w ostatnim poselstwie Watchmana Nee zakodowane są Słowa Pana: "Proście a weźmiecie, aby ra-dość wasza była zupełna" (por.Jn.16,24; 15,16).

Kilka słów osobistego świadectwa

Lektura różnych książek Watchmana Nee pomogła mi w moim życiu. Na przykład przez jego świadectwo o potrze-bie zwycięskiego życia, Bóg ukazał mi możliwość wejścia w nie. To miało miejsce kilka lat temu. Z tego m.in. powo-du, kończąc to opracowanie poświęcone dość niezwykłemu człowiekowi i chrześcijaninowi, umieszczam ten fragment, dzięki któremu moje życie ruszyło do przodu. Pochodzi on ze zbioru zawierającego codzienne rozważania biblijne, i nosi tytuł: "Tisch in der Wiiste" (Stół na pustyni).

"Wy się nie bójcie i nie lękajcie się [...] Gdyż nie wasza to wojna, ale Boża" (2Kron. 20,15).

"Gdy walczysz, żeby zdobyć zwycięstwo, już z góry przegrałeś swoją bitwę. Jako chrześcijanin zawsze ponosisz porażkę wówczas, gdy się nastawiasz, że musisz odnieść zwycięstwo. Załóżmy, że szatan rozpoczyna atak przeciwko tobie, w rodzinnym domu lub w miejscu pracy. A więc trud-ności zaczynają piętrzyć się i następuje brak jakiejkolwiek możliwości porozumienia się z innymi. Nie potrafisz podołać sytuacji i uciec od niej nie możesz; wydaje się, że będziesz pobity na głowę.

Modlisz się, pościsz, walczysz i całymi dniami opierasz się, ale wszystko jest bezskuteczne. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu próbujesz zdobyć dla siebie zwycięstwo, i nie wchodzisz na teren, który już do ciebie należy. W osobie Jezusa Chrystusa Bóg już zwyciężył! Ono do nas należy, po-nieważ Bóg zwyciężył. On wszystko nam darował, a my mamy tylko je odebrać. Szatan jest pokonanym wrogiem. Ze strony Pana wystarczyło małe tchnienie do pokonania go, a ty chcesz rozpętać burzę! Cóż więc masz robić? Po prostu: patrz na Boga i uwielbiaj Go! 'Panie, Twoje zwycięstwo jest uniwersalne. Wysławiam Cię, że moje sprawy są nim obję-te!' A dalej trwaj w pokoju i bez trosk, ponieważ tryumf już został ci zapewniony przez Boga".

W latach 60-tych świadectwo Watchmana Nee i innych wierzących Chińczyków zyskało rozgłos na Zachodzie. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że chrześcijanie żyjący w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych zaczęli inten-sywnie modlić się o Kościół w Chinach. Wówczas zaintere-sowano się także zapisanym świadectwem Watchmana Nee. Jego studia biblijne i inne pisma zyskały popularność. W kra-jach zachodnich przekonano się, że świadectwo i służba "Ma-łego Stadka" ostały się w ogniu prób i doświadczeń. Zainte-resowanie zaczął budzić los samego Watchmana Nee. Za-częto upatrywać w nim wzór pracownika i przywódcy chrze-ścijańskiego, działającego w rzeczywiście wrogim świecie. Chrześcijanie uświadomili sobie, że życie Kościoła w Chinach, w istniejącej formie, jest możliwe dzięki tej praktycz-nej koncepcji życia, jaką realizują członkowie "Małego Stadka". Odkrycie pism Watchmana Nee nastąpiło przede wszystkim w ewangelikalnych kręgach misyjnych.

oprac. Mieczysław Kwiecień





Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:



Wersja HTML, Copyright by Czytelnia Chrześcijanina, 1998