Rozprawa w Lipsku (czerwiec - lipiec 1519 r.)

Przybicie przez Marcina Lutra na drzwiach kościoła zamkowego w Wittemberdze 95 tez wywołało szeroki oddźwięk i niemałe zamieszanie w Kościele. Jedną z prób uspokojenia wzburzenia umysłów, uciszenia Lutra i ośmieszenia jego twierdzeń podjął Jan Eck, profesor teologii na uniwersytecie w Ingolstadt. Wydał kilka pism, m.in. Obeliski, w odpowiedzi na które Andrzej Bodenstein, zwany powszechnie Karlstadtem, opublikował tezy broniące Lutra. Luter milczał na te zaczepki zobowiązany do tego na podstawie zawartego wcześniej porozumienia z Karolem Milticem, wysłannikiem papieża Leona V. Umowa jednak zobowiązywała obie strony do milczenia odnośnie kwestii spornych, aż do czasu wydania rozstrzygającego wyroku o naukach Lutra. Jednak walka na arenie teologii stawała się coraz bardziej zacięta. Eck rzucił rękawicę szukając sprzyjającej sposobności. Podniósł ją Karlstadt. Eck ogłosił 13 tez zbijających główne nauki reformatora. Trzynasta teza Ecka brzmiała:

Zaprzeczamy twierdzeniu, jakoby Kościół rzymski dopiero za pontyfikatu papieża Sylwestra został wywyższony ponad inne kościoły; owszem utrzymujemy, iż wszyscy, którzy na Stolicy Piotrowej zasiadali i wiarę jego wyznawali, byli po wszystkie czasy następcami Piotra i namiestnikami Chrystusa.

Papież Sylwester żył za panowania Konstantyna Wielkiego. Eck zaprzeczał temu, że pierwszeństwo Rzymu pochodziło od cesarza Konstantyna Wielkiego. Rzym zerwał więc ugodę; co więcej, dając hasło do boju zagaił rozprawę o przedmiocie.

Luter niechętnie podjął wyzwanie rzucone przez Ecka. W liście do księcia elektora napisał:

Widzi Bóg, że koniecznie miałem zamiar milczeć. Naprawdę cieszyłem się na zakończenie tej sprawy. Umowy, którą z komisarzem papieskim zawarłem, przestrzegałem tak ściśle, że się ani szyderstwami wrogów, ani namowami przyjaciół nie dałem nakłonić do dania odpowiedzi Sylwestrowi Preriemu. Ale teraz Doktor Eck zaczepia mię, a to nie tylko moją osobę, ale cały uniwersytet wittenberski. Tego ja nie mogę znieść, by prawdę tak obrzucano błotem.

Luter pisał list za listem do księcia Jerzego, pod którego berłem było miasto Lipsk, prosząc o tę łaskę, aby mu wolno było przybyć do Lipska i wziąć udział w dyspucie. Wnuk czeskiego Podiebrada drżał z powodu tezy Lutra o znaczeniu papieża, lękając się, aby i na saskiej ziemi nie wszczęła się wojna, której Czechy przez tak długi czas były widownią. Obawa ta nakłoniła Jerzego do odmówienia prośbie Lutra. Reformator wydał wtedy bliższe wyjaśnienie do swej trzynastej tezy, ale i to nie zmieniło przekonania księcia, owszem, utwierdziło ono go w nim. Żadnym sposobem, nie chciał książę na to zezwolić, aby Luter dyskutował; lecz nie zabraniał mu przybyć do Lipska w charakterze prostego widza. Wyrok powyższy nie odpowiadał oczekiwaniom Lutra. Kierowany jednak tym życzeniem, by służyć Bogu, postanowił reformator udać się do Lipska, przypatrzyć sprawie i - czekać.

Co do publicznej dyskusji mającej się odbyć między Eckiem a Karlstadtem, to książę jak najusilniej jej sprzyjał. Jerzy był zwolennikiem dotychczasowej nauki, ale jako człowiek szczery, otwarty i sprzyjający zasadzie swobodnego dochodzenia prawdy, nie podzielał on zdania, jakoby każda nauka już dla tego miała być heretycka, że nie znajdowała w Rzymie upodobania. Z drugiej strony ulegał Jerzy wpływom Fryderyka. Przedstawienia elektora utwierdziły go w powyższym przekonaniu, tak iż wydał rozkaz, aby dyskusja się odbyła. Biskup Mersenburga Adolf, do którego diecezji miasto Lipsk należało, rozumiał lepiej od Miltica i Kajetana, jak niebezpieczną jest w sprawach tak wielkiej doniosłości, polegać na niepewnym wyniku dyskusji uczonych. Czy Rzym miałby zdobycze kilkunastu wieków na tak wielkie narażać niebezpieczeństwo?

Wszyscy teolodzy lipscy, którzy powyższą obawę podzielali, nalegali na biskupa, aby w sprawie tej poczynił zabiegi. Biskup robił księciu Jerzemu usilne przedstawienia, ale książę odpowiedział na to bardzo rozsądnie: Dziwię się, jak biskup może odczuwać odrazę do starodawnego, od ojców przekazanego zwyczaju, według którego w wątpliwych kwestiach dotyczących wiary dochodzono prawdy na drodze badania i roztrząsania rzeczy. Jeśli teolodzy nauk swych nie chcą bronić, to niech ich treścią lepiej zajmują się stare baby i dzieci bawią, które przecież prząść i śpiewać umieją". [...]

Adolf, biskup Mersenburgu, nie mógł opanować swego niepokoju. Dowiedziawszy się o przybyciu Karlstadta i Lutra, zanim jeszcze reformatorzy z powozu wysiedli, kazał na drzwiach kościołów przybić ogłoszenie, w którym wszystkim dyskutującym zagroził karą klątwy. Książę Jerzy zdumiał się bardzo nad zuchwałością biskupa, rozkazał radcy miasta, aby powyższe ogłoszenie zerwano, i aby sługę, który je przybił, wtrącić do więzienia. Książę zjechał do Lipska z całym swoim dworem. [...]

Ledwie się Eck o przybyciu Lutra dowiedział, zaraz go odwiedził. "Cóż to - zapytał Eck - powiadają, że ty ze mną dyskutować nie chcesz!" Luter odpowiedział, że jemu nie wolno, ponieważ książę Jerzy zabronił dyskutować publicznie. Eck odpowiedział: "Jeśli z tobą nie mam dyskutować, to i z Karlstadtem dyskutować nie będę. Ja dla ciebie tutaj przybyłem". Po chwili namysłu zwrócił się do Lutra: "A jeżeli ci u księcia wyrobię pozwolenie, czy wtedy wystąpisz?" Luter (uradowany): "Wyjednaj mi pozwolenie, a będziemy ze sobą dyskutowali!" Eck pobiegł do księcia, usiłował wybić mu z głowy jego obawy, oraz przekonać go, że zwycięstwo będzie na pewno po jego stronie, że powaga papieża nie ucierpi na tym i że nową okryje się chwałą. "Głowę trzeba złamać. Póki Luter stoi, wszystko stoi; ale niechaj on upadnie, to wszystko się skończy." Jerzy wydał od siebie stosowne pozwolenie. [...]

Poniższy opis Lutra i Ecka nakreślony został ręką Mosselanusa, jednego z bezstronnych świadków rozprawy w Lipsku.

Marcin jest człowiekiem średniej postawy. Z powodu ciągłych studiów wygląda na tak wycieńczonego, iż chyba nietrudno można by policzyć wszystkie jego kości. Znajduje się prawie w najlepszych latach, ma dźwięczny i doniosły głos. Co zaś do nauki i jego zrozumienia Pisma Świętego, to nie ma on równego sobie, wszystko zgoła służy mu na zawołanie. Nie brak mu przedmiotu do mówienia; owszem, wielki ma on zasób i przedmiotów i wyrazów. W tym chyba można by znaleźć pewien niedostatek, że nie zawsze takowe potrafi wykorzystać. W życiu i obejściu się z ludźmi jest grzeczny i uprzejmy, nie ma w sobie nic wymuszonego czy zarozumiałego, i z każdym umie się znaleźć. W towarzystwie podtrzymuje on ożywioną i przyjemną zabawę, jest wesół i pewien siebie; zawsze w dobrym usposobieniu pomimo iż przeciwnicy jego ciągle go atakują. Nie można oprzeć się wrażeniu, że rzeczywiście nie bez Bożej pomocy w tak wielkich działa on sprawach. Prawie wszyscy zaś zarzucają mu, że w odprawie dawanej innym zachowuje się zbyt szorstko i opryskliwie, daleko więcej niż przystało na teologa, a tym bardziej na teologa podnoszącego nowe nauki. [...]

Eck jest człowiekiem wysokiej i barczystej postawy, ma silny, prawdziwie niemiecki głos, silną budowę tak iż nie tylko do teatru, ale także i na herolda w wojsku by się nadawał. Jednak głos jego jest bardziej gruby niż doniosły, i nie ma bynajmniej tego czystego dźwięku jaki Fabiusz i Cycero zachwalają. Usta, oczy i cała twarz jego każą prędzej domyślać się w nim rzeźnika lub żołnierza niż teologa. Co zaś się jego głowy tyczy to ma on wyborną pamięć. Gdyby jednak rozum jego był równie wyborny, byłby doskonałym człowiekiem. Brak mu jednak talentu szybkiego pojmowania rzeczy, tudzież bystrości myślenia, bez czego wszystkie inne zdolności są niczym. Do tego jeszcze przytacza w czasie dyskusji tyle wyroków biblijnych, tyle zdań nauczycieli Kościoła i różnych innych argumentów bez jakiegokolwiek względu na ich treść, bynajmniej o to nie dbając, jak bardzo są one oziębłe, jak do rzeczy nie pasują, jak są udane i sofistyczne ... Przy tym odznacza się niesłychanym zuchwalstwem, które potrafi nader podstępnie przykrywać. Znalazłszy się bowiem w kłopocie porzuca naraz swój temat i natychmiast gada o czymś innym; niekiedy znowu przywłaszcza sobie nagle zdanie przeciwnika ubierając je w inne słowa, a swoje niedorzeczne twierdzenia z niezmierną przebiegłością wkłada w jego usta.

Poniżej przedstawiony jest streszczenie przebiegu owej słynnej dyskusji.

Dyskusja między Lutrem a Eckiem rozpoczęła się dnia 4 lipca. [...] Umysły były nie mało zaciekawione, gdyż przedmiotem była naczelna władza papieża. [...] O godzinie 7 rano stanęli dwaj przeciwnicy, każdy na swoim miejscu. Naokoło nich zgromadziła się wielka ilość uważnych słuchaczy.

Luter:

W imię Pana! Amen. Ja oświadczam, że przez bojaźń i uszanowanie do najwyższego kapłana nie dyskutowałbym, gdyby mnie przezacny Doktor Eck do tego nie zmusił.

Eck:

W twoim imieniu, najsłodszy Jezu! Protestuję ja przed rozpoczęciem boju w waszej obecności, Jaśnie Wielmożni Panowie, aby wszystkie słowa moje oddano pod sąd najwyższej stolicy i tego pana, który na niej zasiada. Istnieje w Kościele chrześcijańskim naczelna władza, od samego pochodząca Chrystusa. Kościół wojujący został ustanowiony na wyobrażenie Kościoła tryumfującego. Ten zaś jest monarchią, w której istnieją stopnie hierarchii aż do najwyższego jej naczelnika, którym jest sam Bóg. Z tego powodu ustanowił Chrystus i na ziemi tenże sam porządek. Kościół nie mający głowy byłby istnym potworem.

Luter:

Prawdą jest to, co Doktor mówi, że Kościół powszechny musi mieć naczelnika. Kto przeciwnego jest zdania, niechaj powstanie. Co do mnie, to zgoda.

Eck:

Jeżeli Kościół wojujący zawsze miał monarchę, to ja się pytam, kto ma nim być, jeśli nie papież rzymski?

Luter:

Głową Kościoła wojującego jest sam Chrystus, a nie człowiek. Taka jest moja wiara według świadectwa Słowa Bożego. "Chrystus musi królować, dopóki nie położy wszystkich nieprzyjaciół pod stopy swoje" (I Kor. 15, 25). A zatem nie powinniśmy słuchać tych, którzy Chrystusa z wojującego Kościoła usuwają i przenoszą go do Kościoła tryumfującego. Jego Królestwo jest Królestwem wiary. My nie widzimy naczelnika, ale mamy go.

Eck nie uważał się za zwyciężonego, przytoczywszy inne jeszcze dowody powiedział dalej, że z Rzymu, jak mówi Cyprian, wyszła jedność duchowieństwa.

Luter:

Tak jest, ale tylko dla Kościoła zachodniego. Kościół rzymski pochodzi przecież sam od Kościoła jerozolimskiego, który na początku był matką wszystkich Kościołów.

Eck:

Święty Hieronim pisze, ze jeśliby papieżowi nie została nadana nadzwyczajna, wszystko przewyższająca władza, to mielibyśmy tyle rozerwania, ile w Kościele jest biskupów.

Luter:

Jeśli nie została by n a d a n a, powiada Hieronim, to znaczy, że według ludzkiego prawa mogłoby to się stać, gdyby wszyscy wierzący na to się zgodzili. Ja nie przeczę, że gdyby wszyscy wierzący biskupa Rzymu, albo Paryża lub Magdeburga uznali pierwszym i najwyższym kapłanem, to już przez wzgląd na taką jednomyślność Kościoła i jej uszanowanie, należałoby i uszanować jego prawo. Ale taka rzecz nie stała się nigdy, ani się też nie stanie. Kościół grecki wzbrania się aż do dnia dzisiejszego uznać naczelną władzę Rzymu. [...]

Eck zapuścił się w pole, które Luter znał od niego lepiej. Nie umiał on jeszcze udowodnić, że papiestwo istnieje dopiero od czterystu lat. Eck cytował i dawniejsze powagi, przeciwko którym Luter nie miał nic do powiedzenia. Krytyka nie wzięła jeszcze do badania fałszywych dekretałów Izydora. Im jednak bardziej się zbliżano do pierwszych wieków, tym bardziej czuł się pewnym Luter. Eck powoływał się na zdania Ojców Kościoła, a Luter mu na nie odpowiadał ich zdaniami. Widocznie przewyższał Luter nauką swego przeciwnika; uznać to musieli wszyscy słuchacze.

Luter:

Że takie było zdanie św. Hieronima, to wynika z listu jego napisanego do Euagriusza, Stoją tam te słowa: Każdy biskup, czy mieszka w Rzymie, czy w Eugubium, Konstantynopolu czy Rhegium, w Aleksandrii czy Tunisie, ma równą zasługę i godność kapłańską. Jedynie znaczenie i niskość ubóstwa stawia jednego biskupa wyżej, a drugiego niżej.
Od pism Ojców Kościoła przeszedł Luter na uchwały soborów, które biskupa Rzymu uważają jedynie za pierwszego między równymi sobie.
Czytamy w dekretałach soboru afrykańskiego, że: "Biskup pierwszej stolicy nie powinien nazywać się ani księciem biskupów, ani najwyższym kapłanem, ale jedynie biskupem pierwszej stolicy". Gdyby monarchiczna władza rzymskiego biskupa polegała na Bożym ustanowieniu, to powyższa nauka byłaby oczywiście heretycką.

Eck:

Biskup Rzymu, jeśli tak chcecie, nie jest powszechnym biskupem, ale biskupem powszechnego Kościoła.

Luter:

Na taką odpowiedź wolę milczeć, niechaj ją sami słuchacze ocenią. Wybieg taki niegodny jest teologa; chyba próżny umysł dysputanta może się nim zadowolić. Je nie na darmo przybyłem tutaj i nie na darmo tak drogim kosztem tu bawię, bo się nauczyłem, że papież nie jest powszechnym biskupem, ale biskupem Kościoła powszechnego!

Eck:

Dobrze, wróćmy do rzeczy. Ja mam udowodnić, że pierwszeństwo papieża polega na Bożym ustanowieniu. Dowodzę tego słowami Chrystusa: "Tyś jest Piotr, a na tej opoce zbuduję mój kościół". Św. Augustyn tłumaczy to w pewnym liście tak: "Tyś jest Piotr, a na tej opoce, to jest na Piotrze, zbuduję mój Kościół". Wprawdzie na innym miejscu powiada Augustyn, że tą skałą jest sam Jezus Chrystus, ale jednak nie cofnął on swego pierwszego tłumaczenia.

Luter:

Jeśli czcigodny Doktor przeciwko mnie walczyć chce, to powinien najpierw wykazać, jakim sposobem dadzą się pogodzić ze sobą owe sprzeczne zdania Augustyna. To bowiem jest pewne, że Augustyn bardzo często powiada, że ową opoką jest Chrystus, a chyba w żadnym miejscu, jakoby był nią Piotr. A chociażby Augustyn i wszyscy Ojcowie Kościoła uczyli, że Chrystus Pan przez wyraz opoki miał na myśli swego apostoła, to ja na podstawie słowa apostoła [Pawła], to jest według Bożego prawa, sam jeden występuję przeciwko nim wszystkim. Albowiem napisane jest: "Fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, którym jest Jezus Chrystus" (I Kor. 3, 11). Piotr sam nazywa Chrystusa tym żywym kamieniem, na którym w dom duchowy jesteśmy zbudowani. (I Piotra 2, 4.5).

Eck:

Ja podziwiam pokorę i skromność zacnego Doktora, z jaką on sam jeden przeciwko tylu znakomitym Ojcom występuje i więcej wiedzieć chce niż papieże, sobory, doktorzy i uniwersytety! Zaprawdę, szczególniejszym byłoby to zrządzeniem, gdyby Bóg przed oczami tylu świętych i męczenników zakrył prawdę aż do czasu przyjścia przezacnego Ojca!

Luter:

Nauki Ojców nie stoją przeciwko mnie. Najznakomitsi nauczyciele, jak Augustyn i Ambroży, są tego samego zdania co ja. Św. Ambroży tłumaczy znaczenie onej opoki, na której się opiera Kościół, i powiada, że na tym artykule wiary założony jest Kościół Chrystusa. Niechaj więc przeciwnik mój nieco lepiej hamuje swój język. Takimi słowami podnieca się tylko nienawiść. To nie jest sposób dyskusji prawdziwego doktora.

Eck:

Doktor wystąpił gruntownie przygotowany do boju. Wielmożni Państwo zechcą przebaczyć, że ja z mojej strony tak dokładnych badań przedłożyć nie mogę. Ja chciałem dyskutować, a nie pisać księgę. [...]

Głównym dowodem o prawdzie przekonania Lutra było to, iż Grecy nigdy papieża nie uznawali, a mimo to nigdy nie ogłoszono ich heretykami, oraz że Kościół grecki istniał i istnieć będzie bez papieża, a nie mniej od rzymskiego jest Kościołem Chrystusa.

Eck dowodził przeciwnie, że Kościół chrześcijański nie sięga dalej niż Kościół rzymski, oraz że Grecy, czyli członkowie Kościoła wschodniego w ogóle, opuściwszy papieża, tym samym zaparli się wiary chrześcijańskiej i bezwarunkowo są heretykami.

Luter:

A zatem Grzegorz z Nyssy, Bazyliusz Wielki, Epifaniusz, Chryzostom i wielu innych greckich biskupów nie dostąpili zbawienia? Oni w to nie wierzyli, żeby Kościół rzymski ponad inne Kościoły górował. Papież rzymski nie może ustanawiać nowych artykułów wiary. Chrześcijanin wierzący nie zna żadnego innego autorytetu jak Pismo Święte. Ono jest Bożym prawem. Ja proszę Doktora o przyznanie tej prawdy, że rzymscy kapłani byli tylko ludźmi, oraz że nie godzi się uznawać ich za bogów.

Eck:

Przezacny Doktor nie bardzo zna się na tajemnicach kuchni; gotuje bowiem bigos z greckich świętych i greckich schizmatyków i heretyków, i chce wonnością świątobliwości Ojców przykryć kłamstwa heretyków

Luter:

Szanowny Doktor zakrawa na hultaja! Chrystus i Belial nie mają według mego zdania nic ze sobą wspólnego. [...]

Taki był mniej więcej przebieg owych rozmów. [...] Dnia 11 lipca rozmawiano o odpustach. [...] Eck podzielał zgoła we wszystkim zdanie Lutra. Sam to oświadczył, że prawie we wszystkim zgadzałby się z Lutrem, gdyby z nim o naczelnej władzy papieża nie dyskutował. Potem z kolei przechodzili do innych nauk: o pokucie, rozgrzeszeniu, którego udzielają duchowni, o uczynkach pokutnych, itp. Jak zwykle, tak i tutaj Eck zawsze cytował tylko zdania scholastyków, dominikanów, oraz odpowiednie ustawy papieskie. Luter wyprowadził stąd następujący wniosek:

Doktor Eck ucieka widocznie przed Pismem Świętym jak diabeł przed krzyżem. Mimo mego najgłębszego poszanowania dla Ojców Kościoła, daleko więcej znaczy dla mnie autorytet Pisma Świętego, które ja przyszłym sędziom polecam.

Tak zakończyła się dyskusja Lutra. Karlstadt rozprawiał jeszcze przez dwa dni z Eckiem o zasłudze człowieka, i czy człowiek może ją sobie zjednać przez tak zwane dobre uczynki. 16 lipca nastąpił koniec; rektor uniwersytetu lipskiego zamknął dyskusję stosownym przemówieniem. Po jego zakończeniu zagrzmiała huczna muzyka, po czym zaśpiewano pieśń Te Deum laudanus (Ciebie Boże wysławiamy).

Ale ten końcowy śpiew nie odbywał się już z takim nabożeństwem, z jakim śpiewano Veni Spiritus (Przybądź Duchu Święty) na rozpoczęcie dyskusji. Zaczęły się już sprawdzać niektóre przeczucia. Walka odbyta pomiędzy wyrazicielami dwóch prądów nauki ciężką zadała ranę papiestwu.


Opracowano na podstawie J. H. Merle d'Aubigne: ""Historia Reformacji XVI wieku" tom 2.

 



Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:

 

Wersja HTML, Copyright © 1999 Czytelnia Chrześcijanina