Apostoł Modlitwy - John Hyde

PRZEDMOWA

Czasami mówimy o modlitwie jako o przywileju. Możemy też mówić o modlitwie jako o pewnej odpowiedzialności. W życiu Johna Hyde'a potrzeba modlitwy i przywilej modlitwy stanowiły jedno.

John Hyde korzystał z autorytetu Bożego imienia poprzez swą modlitwę. Pan przemienił jego życie i sprawił, że miał udział w jego wstawiennictwie, w jego cierpieniach, jak również w jego radościach.Boże dzieło na ziemi nie miało w teologii Johna Hyde'a fatalistycznego wydźwięku. Wiedział, że ludzie mogą mieć udział w Bożej mocy i inspirować Boże działanie w życiu tych, którzy potrzebują zbawienia i uwolnienia. Przez swą modlitwę wstawienniczą Hyde torował drogę Bożemu dziełu w zgromadzeniach, kościołach i w życiu poszczególnych ludzi. Udowodnił, że modlitwa jest siłą ewangelizacyjną, kiedy w Indiach, poprzez wiarę zdobywał początkowo jedną duszę dziennie, potem dwie, następnie cztery. Kiedy wychodził do ludzi i świadczył im o Chrystusie, jego modlitwy były wysłuchiwane. Był współpracownikiem Bożym.

Wszyscy zgadzamy się, że Bóg używa swych sług do różnych zadań. Luter przyniósł posłanie o usprawiedliwieniu z wiary. Wesley ogłosił łaskę uświęcenia. Hudson Taylor zachęcił tysiące chrześcijan, aby ufając Bogu głosili ewangelię. John Hyde odkrył nowe terytoria w rozległych przestrzeniach służby modlitewnej. Myślę, że z przekonaniem możemy uznać Johna Hyde'a za apostoła modlitwy.

W świetle tego niezwykłego świadectwa warto pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Bóg działa w każdym z nas; w naszych odkupionych osobowościach. Działa w sposób niepowtarzalny. Jak powiedział apostoł Paweł: "Różne są sposoby działania, lecz ten sam Bóg, który sprawia wszystko we wszystkich". Bóg nie daje wszystkim takiej samej służby, jaką wyznaczył dla John Hyde'a.

Ponadto, jeśli Duch Święty sprawuje kontrolę nad naszym życiem, poprowadzi nas do naszego skutecznego życia modlitewnego, nie kopiując życia Johna Hyde'a. On uczy nas wszystkich modlitwy. Nie wiem, jaki wpływ wywrze na was ta książka. Mnie uświadomiła ona, że istnieją jeszcze wielkie przestrzenie duchowe, które mamy objąć w posiadanie. Możemy tylko prosić Boga, aby nauczył nas rozpoznawać głos Ducha Świętego, który wzywa nas do modlitwy.


H.J. Brokke

MODLĄCY SIĘ HYDE

Chrystus w domu

JOHN HYDE, apostoł modlitwy - jak go często nazywamy - wyrastał w domu, w którym Jezus był stałym gościem, a rodzina oddychała życiem modlitwy. Dobrze znałem ojca Johna, Smitha Harrisona Hyde'a, który przez siedemnaście lat pełnił obowiązki pastora Kościoła Prezbiteriańskiego w Carthage, w stanie Illinois. Dr Herrick Johnson z Chicago, na krótko przed swą śmiercią, napisał o nim te słowa: "Ojciec Hyde'a był rzadkim przykładem zrównoważonego połączenia zdrowej duszy, pogody ducha i męskości, pewności przekonań, dobrego wykształcenia, entuzjazmu i uporu w czynieniu dla Boga wszystkiego, co leżało w jego mocy". Znałem osobiście dr. Hyde'a jako uprzejmego, kochającego męża. Znałem go jako stanowczego, lecz wyrozumiałego ojca. Znałem łagodną, delikatną, kochającą muzykę, wielbiącą Chrystusa panią Hyde. Znałem każdego z trzech chłopców i każdą z trójki dziewcząt, którzy dorastali w tym domu.

Często zasiadałem z nimi przy wspólnym stole. Dwukrotnie towarzyszyłem tej rodzinie, gdy zawitała do nich żałoba. Raz gdy odeszła pani Hyde i ponownie, gdy ciało drogiego Johna zostało przywiezione do domu i następnie złożone z czułością na spoczynek na cmentarzu w Moss Ridge. Często klękałem z nimi do modlitwy. Jako młody kaznodzieja byłem mocno poruszony, gdy drogi dr Hyde wylewał swe serce przed Bogiem, modląc się z całą rodziną. Spotykałem go w kościele i na zgromadzeniach prezbiteriańskich. Był szlachetnym mężem Bożym.

Dzięki łasce Bożej jego zgromadzenie wzrastało w Bogu, a on sam przewodził usługującym braciom. Często słuchałem, jak modlił się do Pana żniwa, aby posłał robotników na żniwo swoje. Modlił się o to zarówno z całą rodziną w domu, jak i za kazalnicą. Nic więc dziwnego, że Bóg powołał jego dwóch synów do służby ewangelizacyjnej, a jedną z jego córek, na pewien czas, do aktywnej pracy chrześcijańskiej.

Słyszałem jak pewien kaznodzieja powiedział kiedyś: "Mój syn nigdy nie pójdzie w moje ślady i nie zostanie kaznodzieją. Zbyt dobrze wie, jak się traktuje kaznodziejów". Dr Hyde cenił swą służbę i cieszył się, przeznaczając swych synów do życia pełnego trudów i prób. Dlaczego tysiące kościołów w naszym kraju nie mają dziś pastorów? Dlaczego miliony ludzi w dalekich krajach wciąż oczekują ludzkiego głosu, który ogłosi im wieczną ewangelię Syna Bożego? Czytałem dzisiaj słowa byłego misjonarza w Indiach, dr. W.B. Andersona, który pisze, że setki milionów ludzi w Indiach do dzisiaj nie słyszało o Jezusie Chrystusie. Jeśli rzeczy nadal będą się tak miały, nie mają oni najmniejszej szansy o Nim usłyszeć. Miliony innych w Afryce, całe kraje, żyją w takiej samej nieznajomości Chrystusa. Dlaczego tak jest? Ponieważ komory modlitwy zostały opuszczone, modlitwy w rodzinach zaniechane, a te za kazalnicą stały się formalne i martwe!

John Hyde był odpowiedzią na modlitwę i gdy modlił się kiedyś w Indiach, Bóg wzbudził dziesiątki miejscowych pracowników w odpowiedzi na tę modlitwę. Wielka Głowa Kościoła przewidziała jedną metodę pozyskiwania robotników. Modlitwę! Święta ziemia W przybytku Mojżeszowym było jedno pomieszczenie tak święte, że z tysięcy Izraelitów mógł tam wejść tylko jeden człowiek. Czynił to tylko jednego dnia z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni w roku. Było to miejsce najświętsze. Miejsce, w którym John Hyde spotykał się z Bogiem było ziemią świętą. Te chwile jego życia są zbyt święte, aby wystawiać je na widok publiczny. I wzdragam się przed tym. Ale zaglądając do komory modlitwy Johna, możemy usłyszeć westchnienia i jęki, zobaczyć łzy spływające po jego twarzy, ujrzeć jego postać, osłabioną dniami postu i bezsennymi nocami, wstrząsaną szlochem, gdy woła: "O Boże, daj mi dusze, inaczej umrę!"


Decyzja

Swą decyzję pójścia na pole misyjne podjął w taki oto sposób: Jego najstarszy brat, Edmund, przebywał w seminarium, gdzie przygotowywał się do służby kaznodziejskiej, a jako student - wolny słuchacz - także do pracy misyjnej. Podczas pewnych letnich wakacji Edmund zaangażował się do pracy misyjną w szkole niedzielnej w Montanie. Nabawił się jednak gorączki górskiej. Lekarz zalecił mu szybki powrót do domu w Illinois. Tak więc z biletem kolejowym i wskazówkami dla konduktorów przypiętymi do klapy płaszcza, wyruszył w podróż powrotną do domu. Już w drodze zaczął majaczyć, lecz na miejsce dojechał bezpiecznie. Po kilku dniach zmarł.

John, który miał właśnie rozpocząć służbę kaznodziejską, głęboko przeżył śmierć brata. Na polu misyjnym powstała luka w szeregach; zastanawiał się więc, czy Bożą wolą dla niego nie jest wypełnienie tej luki. Decyzję podjął dopiero w następnym roku, ostatnim roku w seminarium. W pewną sobotę późnym wieczorem wszedł do pokoju swego kolegi z klasy prosząc go, aby wyliczył mu wszystkie argumenty za podjęciem pracy na polu misyjnym. Kolega odpowiedział, że nie tego rodzaju argumentów potrzebuje. To, co powinien zrobić, to iść do swego pokoju, upaść na kolana przed Bogiem i pozostać tak do chwili rozwiązania tej kwestii. Następnego ranka w kaplicy John powiedział swemu przyjacielowi, że sprawa została postanowiona, a jego rozjaśniona twarz wskazywała wyraźnie, jaka decyzja została podjęta.


Żegluga i podróż

Wielkie głębiny, potężne przetaczające się fale, całymi dniami tylko woda, woda i woda. Wypływając z ukochanej ojczyzny John już uczynił pierwszy krok, ale wciąż jeszcze nie zapuścił swych korzeni w nowej. Wszystkie te okoliczności sprzyjały rozmyślaniom. Dla Johna Hyde'a podróż jesienią 1892 roku była czasem badania swego serca i modlitwy. Otrzymał wtedy list, do którego nawiązywał później w swej indyjskiej publikacji: "Mój ojciec miał przyjaciela, który bardzo pragnął być misjonarzem, ale nie mógł wyruszyć na pole misyjne. Człowiek ten napisał do mnie list. Otrzymałem go w kilka godzin po opuszczeniu portu w Nowym Yorku. Namawiał mnie w tym liście, abym starał się o chrzest w Duchu Świętym jako o ważną kwalifikację do pracy misyjnej. Gdy przeczytałem ten list, podarłem go w gniewie na strzępy i rzuciłem na biurko. Czy mój przyjaciel myślał, że nie otrzymałem chrztu Ducha, albo że zamierzam jechać do Indii, nie będąc weń wyposażony? Byłem zły. Stopniowo jednak zwyciężał rozsądek. W końcu pozbierałem list i przeczytałem go ponownie. Być może potrzebowałem czegoś, czego jeszcze nie otrzymałem. W rezultacie przez resztę podróży oddałem się modlitwie o to, abym mógł zostać napełniony Duchem Świętym i poznać z własnego doświadczenia, co miał na myśli Jezus, gdy powiedział: "weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi" Ta modlitwa na statku została w końcu w cudowny sposób wysłuchana.


Pierwsze lata w Indiach

Początkowo John Hyde nie był wybitnym misjonarzem. Mówił bardzo wolno. Gdy ktoś skierował do niego jakieś pytanie, wydawało się, że nie słyszy, lub jeśli słyszał, zabierało mu dużo czasu sformułowanie odpowiedzi. Miał lekką wadę słuchu i to (było to straszne) przeszkadzało mu w opanowaniu języka. Jego usposobienie było ciche i delikatne. Wydawało się, że brakuje mu entuzjazmu i gorliwości, które powinny cechować młodego misjonarza. Miał piękne błękitne oczy. Zdawały się sięgać do głębi twojej istoty, zdawało się również, że prześwieca przez nie dusza proroka. Po przyjeździe do Indii podjął naukę języka. Początkowo usilnie pracował, potem jednak zaniechał jej na rzecz studiów biblijnych, za co został zganiony przez komitet misyjny. Na tę naganę odpowiedział: "Najpierw to, co najważniejsze". Argumentował, że przyjechał do Indii, aby nauczać Biblii i musi najpierw ją poznać, aby potem móc nauczać. A Bóg przez swego Ducha w cudowny sposób otwierał przed nim Pisma. Postanowił nie zaniedbywać również nauki języka. Nauczył się poprawnie i swobodnie posługiwać językami Urdu i Punjabi; przemawiał także po angielsku. Najważniejsze jednak jest to, że nauczył się języka niebios, a nauczył się go tak dobrze, że audytorium złożone z setek Hindusów słuchało oczarowane, jak otwierał przed nimi prawdy Bożego Słowa.


Unia Modlitewna

Każde przebudzenie ma swą stronę boską i ludzką. W przebudzeniu walijskim ten boski element był wyraźnie widoczny. Evan Roberts, wyznaczony przez Boga przywódca, w pewnym sensie wydawał się być zupełnie biernym narzędziem inspirowanym przez Ducha Świętego w potężny sposób w czasie spotkań wieczornych. Nie było tam żadnej organizacji i bardzo mało zwiastowania - stosunkowo niewielki był element ludzki. Przebudzenie w Sialkot, które tu opisujemy, chociaż niewątpliwie pochodziło z nieba, wydaje się nie tak spontaniczne. Była tu poddana Bogu organizacja i spora doza wyraźnego planowania oraz był czas długotrwałej modlitwy. Przebudzenie poprzedziła działalność Punjab Prayer-Union (unii modlitewnej - przyp. tłum.).

Zasady unii zostały ujęte w formie pytań, na które należało odpowiedzieć twierdząco, aby stać się jej członkiem.

"Czy modlisz się o ożywienie w twoim życiu, w życiu twoich współpracowników i w Kościele? Czy pragniesz większej mocy Ducha Świętego w twoim życiu i w pracy i czy jesteś przekonany, że nie możesz iść dalej bez posiadania tej mocy? Czy będziesz się modlił o to, aby nie wstydzić się Jezusa? Czy wierzysz, że modlitwa jest wspaniałym środkiem do sprowadzenia duchowego przebudzenia? Czy poświęcisz codziennie pół godziny, około wczesnego popołudnia, aby się modlić o to przebudzenie i czy zamierzasz trwać w modlitwie do czasu aż przebudzenie nadejdzie?"

John Hyde związany był z unią modlitewną od samych jej początków. Członkowie unii, zgodnie z nakazem Chrystusa, podnosili swe oczy i widzieli pola dojrzałe do żniwa. W Biblii czytali niezmienne obietnice Boże. Wiedzieli, że jedyną metodą otrzymania duchowego przebudzenia jest modlitwa. Świadomie, zdecydowanie i desperacko postanowili używać tej metody aż do czasu, gdy przyniesie ona spodziewany rezultat. Przebudzenie w Sialkot nie było kwestią przypadku, ani nieoczekiwanym powiewem z nieba. Jak pisze Charles Finney: "Przebudzenie nie jest większym cudem niż zbiór plonów. Przebudzenie może mieć miejsce w każdej społeczności, w której bohaterskie dusze przystępują do walki, gotowe zwyciężyć lub umrzeć - a jeśli trzeba, zwyciężyć i umrzeć! - Królestwo Niebios doznaje gwałtu i gwałtownicy je porywają".


Pierwszy zjazd w Sialkot

Jezus miał wielu nieznanych z imienia uczniów. Miał również Dwunastu, ale wśród nich szczególnie bliskich mu było trzech: Piotr, Jakub i Jan. Setki ludzi przybywały do Sialkot i służyły wielką pomocą swą modlitwą i chwałą. Ale tylko kilku z nich Bóg uhonorował pozycją liderów. Na serca Johna N. Hyde'a, Roberta McCheyne Patersona i George'a Turnera położył ogromny ciężar modlitwy o ten wspaniały zjazd.

Zrodziła się potrzeba corocznych spotkań poświęconych modlitwie i studiom biblijnym, których celem byłoby pogłębianie życia duchowego pracowników chrześcijańskich, pastorów, nauczycieli i ewangelistów, zarówno miejscowych, jak i zagranicznych. Życie kościoła w Punjabie (podobnie jak w całych Indiach) pozostawało zdecydowanie poniżej biblijnych standardów. Duch Święty był w tak małym stopniu uhonorowany w usłudze kościoła, że tylko niewielka garstka spośród milionów została zbawiona. Na miejsce tego zjazdu wybrano Sialkot.

Zanim odbył się pierwszy zjazd, Hyde i Paterson przez cały miesiąc zwlekali z dniem jego otwarcia. Przez trzydzieści dni i trzydzieści nocy ci Boży mężowie trwali przed Bogiem w modlitwie. Nic więc dziwnego, że na tej konferencji objawiła się moc Ducha. Po dziewięciu dniach do Hyde'a i Patersona dołączył Turner. Przez dwadzieścia jeden dni i dwadzieścia jeden nocy ci trzej ludzie modlili się i chwalili Boga za potężne wylanie jego mocy! Trzy serca ludzkie, które biły jak jedno, z tęsknotą i błaganiem wołające i walczące w modlitwie o Kościół w Indiach i rzesze zgubionych dusz. Trzy odnowione ludzkie wole, które przez wiarę uchwyciły się, jakby stalowym uściskiem, wszechmocnej Bożej woli. Trzy pary warg dotkniętych ogniem, które z głębi wierzących serc wołały: "Wykona się!"

Czy czytając te słowa, spostrzegasz jak długotrwałe jest to oczekiwanie, te dni postu i modlitwy, te noce czuwań i wstawiennictwa, i mówisz: "Jak wielka jest cena, którą trzeba zapłacić"? W takim razie wskażę ci dziesiątki i setki pracowników pobudzonych i przygotowanych do służby dla Chrystusa. Wskażę ci dosłownie tysiące takich, którzy dzięki modlitwie weszli do królestwa i powiem ci: "Oto, za co zapłacono taką cenę!"

Golgota przedstawia przerażającą cenę do zapłacenia. Ale oto twoja i moja dusza oraz miliony innych, które już zostały odkupione, jak również miliony tych, które jeszcze mają być odkupione, zniszczona ziemia, która powróci do doskonałości ogrodu Eden, królestwa tego świata wyrwane i uwolnione z ręki uzurpatora, aby objął w nich władzę prawowity Król. Gdy to wszystko zobaczymy, czy nie powiemy z radością: "Oto, co zostało nabyte!"

Jeden z najbliższych przyjaciół Johna Hyde'a w Indiach pisze o wielkiej zmianie, jaka zaszła w życiu duchowym Johna podczas tego zjazdu. Pisze, że chociaż John był misjonarzem i dzieckiem Bożym, gdyż został zrodzony z Boga, to jednak wciąż jeszcze był niemowlęciem w Chrystusie. Nigdy nie był zmuszony oczekiwać w Jerozolimie, aż zostanie przyobleczony mocą z wysokości. Ale Bóg, w swej miłości, przemówił do niego i ukazał mu jego wielką potrzebę. Podczas tej konferencji, w czasie gdy mówił do innych misjonarzy na temat pracy Ducha Świętego, Bóg przemówił do jego własnej duszy i otworzył przed nim boski plan uświęcenia przez wiarę. Bóg dotknął się go w taki sposób, że otrzymał takie światło z nieba, iż pod koniec konferencji powiedział: "Nie wolno mi utracić tej wizji". I nigdy jej nie utracił, a raczej zyskiwał łaskę za łaską, w miarę jak szedł posłusznie naprzód, a wizja ta stawała się coraz jaśniejsza.

Inny misjonarz opowiada o tym, jak John prowadził studium biblijne na tej konferencji. Podczas tych dni mówił o długości, szerokości, wysokości i głębokości miłości Bożej. Ta potężna miłość zdawała się sięgać poprzez niego do serc ludzkich i pochwyciwszy je zaczęła je przyciągać bliżej do Boga. Brat ten pisze: "Pewnej nocy przyszedł do mnie około wpół do dziesiątej i zaczął rozmawiać ze mną na temat wartości publicznego świadectwa. Jeszcze długo po północy toczyliśmy ożywioną dyskusję. Następnego wieczoru prosiliśmy go, aby prowadził spotkanie dla mężczyzn, które odbywało się w rozbitym na zewnątrz namiocie, podczas gdy kobiety miały własne spotkanie w domu misyjnym.

Gdy nadszedł czas rozpoczęcia spotkania, zasiedliśmy w namiocie na matach, ale John Hyde - lider zgromadzenia - nie przychodził. Zaczęliśmy śpiewać i prześpiewaliśmy kilka pieśni, zanim się pojawił, mocno spóźniony. Pamiętam, jak usiadł przed nami na macie i przez dłuższy czas siedział w milczeniu, mimo iż śpiew już ustał. Wreszcie wstał i powiedział bardzo cicho: "Bracia nie spałem wcale ostatniej nocy i nie jadłem nic dzisiaj. Toczyłem wielki spór z Bogiem. Czułem, że On chce, abym przyszedł tutaj i złożył przed wami świadectwo tego, co dla mnie uczynił. Spierałem się z nim, nie chcąc tego ujawniać. Dziś wieczorem, przed chwilą, otrzymałem pokój w tej sprawie i postanowiłem go usłuchać, a teraz przychodzę, aby powiedzieć wam o kilku rzeczach, których On dla mnie dokonał".

Po tym krótkim stwierdzeniu, powiedział nam w bardzo spokojny i prosty sposób o swej rozpaczliwej walce toczonej z grzechem i o tym, jak Bóg dał mu zwycięstwo. Myślę, że nie mówił dłużej jak piętnaście minut, po czym usiadł, spuścił na parę minut głowę i powiedział: "Pomódlmy się przez pewien czas". Pamiętam, jak to małe zgromadzenie, na sposób wschodni, upadło na twarze na swych matach, a potem przez dłuższy czas mężczyźni jeden za drugim wstawali, aby się modlić; pamiętam, jak wyznawali swoje grzechy - większość z nas słyszała coś takiego po raz pierwszy - i jak wołali do Boga o miłosierdzie i pomoc. Była już późna noc, gdy zgromadzenie dobiegło końca. Niektórzy z nas przekonali się, że pod wpływem tego spotkania życie kilku osób zostało całkowicie przemienione".Widocznie to przesłanie otworzyło drzwi ludzkich serc na przyjęcie wielkiego przebudzenia w kościele w Indiach.


"Serca złamane z powodu grzechu"

Wiosną każdego roku unia modlitewna organizowała swe doroczne zgromadzenia. Liderzy, przygotowując się do tego spotkania, spędzali wiele czasu na poście, modlitwie i nocnych czuwaniach. Gdy wszyscy uczestnicy byli już na miejscu, spoglądaliśmy na Boga, oczekując od niego prowadzenia w nadchodzącym roku. Następnego roku, podczas kolejnego zgromadzenia, Bóg położył nam na sercach ciężar świata pogrążonego w grzechu. Mogliśmy mieć w pewnej mierze udział w cierpieniach Chrystusa. Było to pełne chwały przygotowanie do konferencji, która miała odbyć się jesienią. Podczas tej konferencji John Hyde dniem i nocą trwał w modlitwie w swoim pokoju, żył jak gdyby na Górze Przemienienia. W jego umyśle, jak rozkaz Boży, płonęły słowa: "Na twoich murach, Jeruzalem, postawiłem stróżów: przez cały dzień i przez całą noc, nigdy nie umilkną. Wy, którzy wyznajecie Pana, nie milczcie! I nie dajcie mu spokoju, dopóki nie odbuduje Jeruzalemu i dopóki nie uczyni go sławnym na ziemi!" ( Iz 62,6-7 ).

Niewątpliwie był posilony boską mocą, bo czyż nie nakazano nam znosić trudności według mocy Bożej, nie w naszej własnej słabości, lecz w Jego sile? Nie ilość, ale jakość słodkiego dziecięcego snu, danego mu przez Ojca, uzdolniła go jako sługę do trwania w modlitwie podczas nocnych czuwań. Na jego twarzy widoczna była obecność samego Chrystusa, który posilał jego słabe ciało. John Hyde był głównym mówcą; moc jego słów pochodziła jednak ze społeczności z Bogiem. Prowadził także poranne czytania Biblii. Jako temat obrał sobie Ewangelię Jana 15,26-27: "On złoży świadectwo o mnie, ale i wy składacie świadectwo o mnie". John rozwinął ten temat: "Czy Duch Święty jest tym pierwszym za waszymi kazalnicami, pastorzy? Czy świadomie wypuszczacie go naprzód, a sami pozostajecie w tyle, podczas zwiastowania? Nauczyciele, gdy ludzie zadają wam trudne pytania, czy szukacie pomocy Ducha, jako świadka całego życia Chrystusowego? On tylko był świadkiem wcielenia, cudów, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. A więc jest On jedynym świadkiem!" Było to przenikające do głębi serca przesłanie i wielu pochyliło się pod ciężarem mocy przekonującej o grzechu.

Następnego ranka John Hyde nie mógł prowadzić dalej nauczania. Prowadzący wstał ze swojego miejsca i ogłosił, że zgromadzenie jest w rękach Ducha Bożego. W cudowny sposób świadczył o Chrystusie i jego mocy oczyszczającej wszystkich pokutujących! Kolejnego ranka Boży sługa powiedział znowu, że nie ma żadnego przesłania od Boga. Wszystko wskazywało na to, że Bóg nie pozwoli z siebie szydzić i że wszyscy musimy nauczyć się tej lekcji, aby zawsze dawać Duchowi Świętemu pierwszeństwo za kazalnicą, a dopóki tak się nie stanie, Bóg nie pośle nowego słowa. Ten dzień trudno było zapomnieć. Modlitwy były w cudowny sposób wysłuchiwane! Tej nocy czuwający w sali modlitewnej byli przepełnieni niewypowiedzianą radością i witali świt z okrzykami tryumfu. A czemu nie? Przecież jesteśmy więcej niż zwycięzcami przez Tego, który nas miłuje.

Pewnego razu Bóg nakazał Johnowi coś zrobić, a on poszedł i usłuchał, ale wrócił do pokoju, w którym się modlono, ze łzami wyznając, że niechętnie usłuchał Boga. "Módlcie się za mnie bracia, abym uczynił to z radością". Wkrótce po jego wyjściu dowiedzieliśmy się, że tym razem mógł być posłuszny w tryumfalny sposób. Wrócił do hallu z wielką radością i gdy stanął przed ludźmi, wymówił trzy słowa w języku Urdu i trzy po angielsku, powtarzając je trzykrotnie: "Ai Asmani Bak", "O Niebiański Ojcze". Któż zdoła opisać, co wtedy nastąpiło? Było tak, jak gdyby wielki ocean przetoczył swe fale przez zgromadzenie. Serca ugięły się przed Boską obecnością jak leśne drzewa pod potężną nawałnicą. Ocean Bożej miłości wylał się dzięki posłuszeństwu jednego człowieka. Serca zostały złamane przed Panem: wyznawano grzechy ze łzami, które wkrótce obróciły się w radość, a potem w radosne okrzyki. Zaprawdę, byliśmy napełnieni młodym winem, młodym winem z nieba.

Oto zapis przeżyć jednego z misjonarzy: "Godziny spędzone sam na sam z Bogiem, o których nie wiedział nikt oprócz Boga, były czymś zwykłym; ale społeczność z innymi w modlitwie czy uwielbieniu przez całe godziny, czy mogło to być prawdą? W chwili wejścia do tej sali, problem był rozwiązany. Od razu wiedziałeś, że przebywasz w świętej Bożej obecności, gdzie może istnieć tylko jedna Rzeczywistość. Zapominałeś o istnieniu innych, z wyjątkiem chwil, gdy modlitwy i uwielbienie uświadamiały ci siłę, moc i współczucie tej społeczności. Godziny oczekiwania na Boga w społeczności z innymi były cudownym czasem; razem czekaliśmy, aż Bóg zbada nas i przemówi do nas, wstawialiśmy się za sobą nawzajem, wspólnie chwaliliśmy go za to, kim jest, i za jego moc czyniącą cuda.

Te dziesięć dni było dniami wolności i swobody, jakich nawet nie wyobrażałem sobie jako możliwych na ziemi. Z pewnością był to ten rodzaj wolności, do jakiej wprowadził nas Chrystus. Każdy robił dokładnie to, do czego czuł przekonanie. Niektórzy szli wcześnie spać, inni modlili się przez całą noc. Jedni szli na spotkania, inni do sali, gdzie się modlono, a jeszcze inni do swoich pokoi. Niektórzy zanosili prośby, inni uwielbiali. Jedni siedzieli podczas modlitwy, inni klęczeli, jeszcze inni padali na twarz przed Bogiem, tak jak Duch Święty im nakazywał. Nie było żadnej krytyki, żadnego osądzania tego, co zostało zrobione lub powiedziane. Każdy był świadom tego, że wszelka powierzchowność została odrzucona, że każdy znajduje się w niesamowitej obecności Boga". Ten sam misjonarz nawiązywał do osoby Johna Hyde'a, pisząc: "Byli tacy, którzy wiedzieli, że Bóg wybrał ich i posłał aby byli strażnikami. Niektórzy przez dłuższy czas żyli tak blisko Jahwe, że słyszeli jego głos i od niego bezpośrednio odbierali wszelkie polecenia, nawet w kwestii dotyczącej czasu modlitwy i czuwań oraz czasu snu. Niektórzy czuwali przez kilka nocy z rzędu, ponieważ Bóg nakazał im, aby tak czynili i zabierał z ich oczu sen, aby mogli mieć przywilej i honor czuwania wraz z nim nad sprawami jego Królestwa".


Baranek na tronie

Na konferencji, która miała miejsce następnego roku, w odpowiedzi na modlitwę Bóg złożył na nas przez Ducha Świętego ciężar troski o zgubione dusze. Widzieliśmy tę samą "rozpacz", tym razem z powodu grzechów innych ludzi. Nikt jednak nie odczuwał tego mocniej niż John Hyde. Bóg pogłębił jego życie modlitewne. Dostąpił przywileju picia z kielicha swego Mistrza i mógł być ochrzczony jego chrztem, drugim chrztem ognia, gdyż mając udział w Jego cierpieniach, będziemy mogli mieć także udział w Jego panowaniu, tu i teraz, jako prawdziwi Królowie, ze względu na innych.

Mniej więcej w tym samym czasie John Hyde miał pierwsze wizje Chrystusa uwielbionego, jako Baranka na swym tronie - cierpiał przy tym tak ogromny ból z powodu jego cierpiącego Ciała na ziemi, jak to często widzimy w Bożym Słowie. Chrystus jest, jako Boska Głowa, ośrodkiem nerwowym całego ciała. I naprawdę żyje dzisiaj, wstawiając się nieustannie za nami. Modlitwa o innych to jakby tchnienie niebiańskiego życia naszego Pana. W życiu Johna Hyde'a było to stale rozwijającą się prawdą. Często w czasie modlitwy wybuchał płaczem nad grzechami świata, a szczególnie Bożych dzieci! Ale nawet wtedy jego łzy zamieniały się w okrzyki uwielbienia, zgodnie z Bożą obietnicą powtórzoną przez naszego Pana podczas ostatniej nocy spędzonej z uczniami. Będziecie zasmuceni, lecz smutek wasz w radość się obróci. Przykładem tego, jak agonia duszy Johna wpływała na innych, może być jego córka w Chrystusie. Na tej samej konferencji była pewna hinduska dziewczyna, chrześcijanka. Ojciec zmusił ją, aby zlekceważyła żądania, które stawiał jej Chrystus. W czasie wspólnej modlitwy wyznała swój grzech i opowiedziała o tym, jak jej serce było rozdarte pomiędzy ojcem a Chrystusem. Można było nieomal zobaczyć, jak jej serce ożywa, gdy moc miłości Chrystusowej ogarnęła ją. Był to niezwykły czas. Później poprosiła nas, abyśmy modlili się o jej ojca. Zaczęliśmy się modlić i nagle spadł na nas wielki ciężar troski o tę duszę, a sala wypełniła się szlochem i wołaniem o Tego, którego większość z nas nawet nigdy nie widziała, ani nie słyszała. Silni mężczyźni leżeli na twarzach i jęcząc toczyli śmiertelną walkę o tę duszę. Żadne oko nie pozostało suche, aż wreszcie Bóg dał nam pewność, że modlitwa została wysłuchana i z Getsemane przeszliśmy do radości Pięćdziesiątnicy, mogąc chwalić go za to, że usłyszał nasze wołanie.

Pewien brat tak pisze o tej konferencji: "Dziękuję Bogu, że wysłuchał naszych modlitw i wylał Ducha Łaski i wstawiennictwa na tak wiele swoich dzieci. Widziałem pewnego brata z Punjabu, wstrząsanego takim szlochem, jak gdyby jego serce miało pęknąć. Podszedłem do niego i otoczyłem ramionami mówiąc: "Krew Jezusa Chrystusa oczyszcza nas od wszelkiego grzechu". Uśmiech rozjaśnił jego twarz. "Dzięki Bogu, Sahib - zawołał. Ale jaką straszną miałem wizję! Tysiące dusz w Indiach porwała ciemna rzeka grzechu! Są teraz w piekle. Trzeba wyrwać je z ognia, zanim będzie za późno!" Nigdy nie zapomnę tego spotkania. Trwało ono całą noc. Był to czas, gdy Boża moc stała się w taki sposób odczuwalna, w jaki nie doświadczyłem jej nigdy dotąd. Bóg chce, aby ci, którzy pragną nieść ciężar dusz milionów ludzi żyjących bez Boga, poszli wraz z Jezusem do Getsemane. Chce, abyśmy to uczynili. Błogosławionym przeżyciem jest odczuwać, że w pewnej mierze możemy mieć udział w cierpieniach Chrystusa. Wprowadza nas to we wspaniałą bliskość z Synem Bożym. I nie tylko to, ale jest to wyznaczona przez Boga droga sprowadzenia z powrotem zagubionej owcy. Bóg mówi: "Kto pójdzie i kogo poślę?" Czy ty, który czytasz teraz te słowa, chcesz podjąć się służby wstawiennictwa? Jeśli zechcemy oddać się w Boże ręce, Bóg zechce nas użyć. Jednak pod dwoma warunkami: posłuszeństwa i czystości. Posłuszeństwo we wszystkim, nawet w najmniejszych sprawach, poddawanie naszej woli i przyjmowanie woli Bożej. A następnym krokiem jest czystość. Bóg chce czystych naczyń, które mógłby użyć w swej służbie, czystych kanałów, przez które wylewałby swą łaskę. Chce czystości w samym centrum każdej duszy i dopóki naczynie nie będzie czyste, oczyszczone ogniem Ducha Świętego, dopóty nie będzie mógł go użyć. On pyta cię teraz, czy pozwolisz mu oczyścić część własnego życia. Bóg musi mieć naczynie, którego będzie mógł używać".


Święty śmiech

Następnego lata John spędził wakacje w domu swego przyjaciela mieszkającego w górskim uzdrowisku. Ów przyjaciel tak o tym pisze: "Bóg w cudowny sposób objawił nam osobiście swą miłość przez to, że przyprowadził do nas Johna Hyde'a. Ja również musiałem tutaj przyjechać, aby wypełnić swe obowiązki wobec mieszkających w okolicy Anglików. Tak więc Hyde i ja mieliśmy razem wspaniały czas. Były chwile wielkiej walki i czasami myślałem że Hyde całkowicie się załamie. Ale po nocach modlitwy i uwielbiania pojawiał się rankiem wypoczęty i uśmiechnięty. Powołując do tej walki Bóg nauczył nas wspaniałych rzeczy. W 2 Liście do Tymoteusza 1,8 znajdujemy nakaz: "cierp dla ewangelii, wsparty mocą Boga". Mamy więc moc Bożą, która zaspokaja naszą potrzebę. Odkąd Hyde uświadomił to sobie, mówi że ledwie odczuwa zmęczenie, chociaż nie dosypia od tygodni. Żaden człowiek nie musi doświadczyć załamania spowodowanego przeciążeniem, pełniąc służbę wstawienniczą. Kolejny element mocy: "Radość Pana jest waszą siłą". Ah G. biedny punjabski brat, pochodzący z niskiej kasty, został użyty przez Boga, aby nauczyć nas wszystkich, jak uczynić czas modlitwy prawdziwym niebem na ziemi, jak nie dopuścić do tego, aby przyjemność modlitwy, a nawet bojowania, przemieniła się kiedykolwiek w mozół. Jak często Ah G. po straszliwym wołaniu wydawał się przełamywać zastępy zła i wznosić w górę przed oblicze Ojca! Można było wówczas zobaczyć uśmiech Boga odbity na jego twarzy. Wtedy wybuchał głośnym śmiechem w czasie swej modlitwy. Była to radość syna rozkoszującego się uśmiechem ojca. Bóg nauczył Johna i mnie, że jego imię jest Bóg Izaaka - śmiechu. Czy zwróciliście uwagę na obraz nieba zawarty w Księdze Przypowieści 8,30: "byłam jego rozkoszą dzień w dzień". Tak miłość Ojca spływała na Syna. Nic dziwnego, że w takim domu Syn mógł powiedzieć, że "zawsze radował się przed Nim" [przed Bogiem - przyp. tłum.]. Radość, śmiech - takie znaczenie ma słowo "Izaak". Ten święty śmiech zdawał się uwalniać od napięcia i dawał niebiańskie odświeżenie bojującym duchom".


Następne lato

Następnego lata John Hyde znowu pojechał do górskiego uzdrowiska, aby przebywać ze swymi przyjaciółmi, którzy później pisali: "Jego pokój mieszczący się na górze był oddzielony od innych znajdujących się z drugiej strony domu. Tutaj się zatrzymał po to, by naprawdę wstawiać się za innymi wraz ze swoim Mistrzem. To wstawiennictwo obfitowało w wielkie rzeczy, które działy się pośród nas dla Królestwa Bożego". Dla wszystkich było jasne, że Johna Hyde'a przygniatała bolesna walka wewnętrzna. Opuszczał wiele posiłków. Kiedy przychodziłem do jego pokoju znajdowałem go leżącego i toczącego jakby śmiertelną walkę albo chodzącego tam i z powrotem, jak gdyby ogień palił jego wnętrze. I tak właśnie było. Był to ten ogień, o którym mówił nasz Pan: "Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakżebym pragnął, aby już płonął. Chrztem mam być ochrzczony i jakże jestem udręczony, aż się to dopełni". John nie pościł w zwykłym znaczeniu tego słowa, jednak często gdy prosiłem go, aby zszedł na posiłek, spoglądał na mnie z uśmiechem i mówił: "Nie jestem głodny". Nie! Daleko większy głód pochłaniał jego duszę i tylko modlitwa mogła go zaspokoić. Wobec tego duchowego głodu fizyczny głód zanikał. Słyszał głos naszego Pana, mówiący doń: "Zostańcie tutaj i czuwajcie wraz ze mną". Więc zostawał ze swym Panem, który dał mu przywilej wejścia wraz z sobą do Getsemane. Jedna myśl opanowała jego umysł, że nasz Pan wciąż toczy śmiertelną walkę o dusze ludzkie. Wielokrotnie cytował fragmenty Starego i Nowego Testamentu, zwłaszcza odnoszące się do przywileju "dopełnienia cierpień Chrystusowych". Mówił o ślubowaniu naszego Pana, ofiarowującego długie cierpienia swej duszy, dopóki wszyscy, należący do niego, nie znajdą się w bezpiecznej owczarni. "Powiadam wam bowiem, iż odtąd nie będę pił z owocu winorośli, aż przyjdzie Królestwo Boże". "Saulu, Saulu, dlaczego mnie prześladujesz?" - oto niektóre z wierszy, których Bóg użył, aby otworzyć jego oczy na społeczność cierpień Chrystusowych. Były to dni, gdy przez chmury przebijało często światło uwielbionego życia, które nasz Pan teraz prowadzi, objawiając wiele tajemnic bólu rodzenia i cierpienia. Było to prawdziwe pójście w ślady Baranka, cierpiącego na ziemi, chociaż teraz siedział na tronie. John Hyde odkrył, że On wciąż niesie nasz krzyż - cięższy koniec naszego krzyża, "gdyż zawsze żyje, aby się wstawiać za nami".

I tak, krok po kroku, został wprowadzony w życie modlitwy, czuwania i śmiertelnej walki o innych. Przez cały czas, choć jadł mało, a spał jeszcze mniej, był promienny i pełen otuchy. Nasze dzieci zawsze były dla niego wielką radością. Wujek John, który tak często bawił się z nimi, był zawsze witany uśmiechem miłości. Jednak teraz nawet maluchy zdawały się rozumieć, że nie jest to czas na zabawę. Były w tych dniach w cudowny sposób uległe i ciche w jego obecności, gdyż jego twarz jaśniała światłem mówiącym o społeczności z innym światem. A przecież nie było w nim nic z pustelnika - właściwie ludzie ciągnęli do niego bardziej niż zwykle i swobodnie prosili o modlitwy. Zawsze miał czas na rozmowę z nimi o rzeczach duchowych i z większą niż zwykle cierpliwością wchodził w ich problemy i rozczarowania. Nie chcemy mówić szczegółowo o tych dniach czuwania, modlitwy i postu, kiedy John zdawał się wchodzić w wielkie wołanie naszego Pana o jego owce. Obawialiśmy się, że jego biedne, słabe ciało nie wytrzyma tego napięcia. Jednak przez cały czas był on w cudowny sposób podtrzymywany! Czasami ta śmiertelna walka toczyła się w milczeniu, czasami była wołaniem o miliony ludzi ginących na naszych oczach; jednak zawsze rozjaśniała ją nadzieja. Nadzieja pokładana w miłości Bożej - nadzieja pokładana w Bogu Miłości".

Przy całej głębi tej miłości, która zdawała się współbrzmieć z miłością jego Pana, były przebłyski, w czasie których osiągała ona swoje wyżyny - chwile przeżywania nieba na ziemi, kiedy jego duszę zalewała pieśń chwały i wchodził w radość swego Pana. Wtedy wybuchał pieśnią i zawsze były to pieśni śpiewane nocą. W tych dniach zdawał się nigdy nie tracić z oczu tysięcy ludzi żyjących w jego regionie bez Boga i bez nadziei na świecie. Jakie błagania zanosił za nich ze szlochem - suchym, zdławionym szlochem, świadczącym, że poruszone były głębie jego duszy. "Ojcze, daj mi te dusze, albo umrę!" - taka była waga jego modlitw. Jego własna modlitwa o to, aby raczej wypalił się niż miał zastygnąć została już wysłuchana.

Pozwólcie, że wprowadzę tutaj klejnot pochodzący spod pióra Patersona: "Na czym polegał sekret życia modlitewnego Johna Hyde'a? Na tym, że było to życie modlitwy. Kto jest źródłem wszelkiego życia? Uwielbiony Jezus. Jak mogę dostać to życie od niego? Tak, jak przyjmuję jego sprawiedliwość. Wiem, że nie posiadam na własność żadnej sprawiedliwości - tylko splugawione szaty i przez wiarę przyjmuję dla siebie Jego sprawiedliwość.

Następuje teraz dwojaki skutek: jeśli chodzi o naszego Ojca w niebie, to widzi On sprawiedliwość Chrystusa, w miejscu mojej nieprawości. Jeśli zaś chodzi o nas, to sprawiedliwość Chrystusa nie tylko przyobleka nas zewnętrznie, ale wchodzi w głębię naszej istoty, przez jego Ducha, przyjętego w wierze - tak jak uczynili to uczniowie (Jn 20,22) - i sprawiającego w nas uświęcenie. Dlaczego nie miałoby być tak samo z naszym życiem modlitewnym? Zapamiętajmy słowo "za". "Chrystus umarł za nas" i "On zawsze żyje, aby się wstawiać za nami", to znaczy w nasze miejsce, zamiast nas. A więc wyznaję moje stale zawodzące modlitwy (nie ośmielę się nazwać tego życiem) i błagam o jego nigdy nie zawodzące wstawiennictwo. Wywiera to wpływ na Ojca, gdyż patrzy On na życie modlitewne Chrystusa w nas i odpowiada zgodnie z tym. Tak więc odpowiedź daleko przekracza to, o co możemy prosić lub o czym możemy myśleć. A drugi rezultat oddziałuje na nas. Życie modlitewne Chrystusa wchodzi w nas i On modli się w naszym wnętrzu. Na tym polega modlitwa w Duchu Świętym. Na tym polega obfitsze życie, które nam Pan daje. O, co za pokój, jakie pocieszenie! Koniec z wypracowywaniem życia modlitewnego i z nieustannym zawodzeniem. Jezus wchodzi do łodzi, ustaje mozół i znajdujemy się na ziemi, na której mieliśmy się znaleźć. Musimy jednak stale być przed nim, aby słyszeć jego głos i pozwolić mu na to, aby modlił się w nas - pozwolić mu wlewać w nasze dusze obfite życie wstawiennicze, które oznacza dosłowne spotykanie się z Bogiem twarzą w twarz - prawdziwą jedność i społeczność".


Codziennie jedna dusza

Mniej więcej w tym właśnie czasie John Hyde uchwycił się Boga z bardzo określonym pragnieniem. Chodziło o zdobycie jednej duszy każdego dnia, nie mniej, nie duszy zainteresowanej, ale zbawionej, gotowej wyznać Chrystusa publicznie i przyjąć chrzest w jego imieniu. Stres i napięcie ustąpiło. Serce Johna wypełniło się pokojem zupełnej pewności. Każdy, kto z nim rozmawiał, dostrzegał nowe życie, które się nigdy nie kończy. John powrócił do swego rejonu z zaufaniem, które nie doznało rozczarowania. oznaczało to długie podróże, nocne czuwania na modlitwie, post, ból i walkę, ale uwieńczeniem było zawsze zwycięstwo. Cóż z tego, że łzy chłodziły go w nocy, a susza wyczerpywała za dnia? Jego owce gromadziły się w owczarni, a Dobry Pasterz widział bóle jego duszy i był zadowolony. Pod koniec tego roku zgromadziło się już ponad czterysta osób.

Czy John był zaspokojony? Ależ skąd. Jak mógłby zadowolić się tym, co nie zadowalało jego Pana? Jak mógł nasz Pan być zaspokojony, dopóki choć jedna owca znajdowała się poza owczarnią? Ale John Hyde poznawał tajemnicę Bożej siły: radość Pana. Ponieważ jednak im większa zdolność do radości, tym większa zdolność do odczuwania smutku czy boleści, dlatego Mąż Boleści mógł powiedzieć: "To wam mówię, aby radość moja była w was i aby radość wasza była zupełna". Wydawało się, że John Hyde stale słyszy głos Dobrego Pasterza mówiący: "Mam jeszcze inne owce, mam jeszcze inne owce". Niezależnie od tego, czy zdobywał jedną duszę dziennie, dwie czy cztery, jego pragnienie nie było zaspokojone i żywił niesłabnącą gorliwość dla zgubionych dusz.

Oto obraz, jaki ukazuje nam jeden z jego indyjskich przyjaciół: "Jako osobisty doradca rozpoczynał z jakimś człowiekiem rozmowę na temat jego zbawienia. Po pewnym czasie kładł ręce na jego ramionach i patrzył uważnie w oczy. Wkrótce człowiek ten był już na kolanach, wyznawał swoje grzechy i szukał zbawienia. Potem John chrzcił go w wiosce, przy drodze czy gdziekolwiek indziej. Byłem kiedyś na jednej z jego konferencji dla chrześcijan. Witał swych nawróconych, gdy wchodzili do środka, i ściskał na wschodni sposób, kładąc rękę najpierw na jednym, a potem na drugim ramieniu. Jego uściski były bardzo serdeczne, dawał z siebie prawie wszystko, ściskając chrześcijan, także tych pochodzących z najniższej kasty". Był to jego mocny punkt. Miłość odnosiła dla niego zwycięstwa.


Codziennie dwie dusze

Raz jeszcze John Hyde uchwycił się Boga z konkretną i ważną prośbą. Tym razem chodziło o dwie dusze każdego dnia. Na tej konferencji Bóg używał go nawet w jeszcze potężniejszy sposób niż dotąd. Bóg przemawiał przez swego sługę, Johna Hyde'a. Wstrzymując oddech, mówimy o najświętszej ze wszystkich lekcji - o danym nam wglądzie w boskie serce Chrystusa, złamane za nasze grzechy. Tym widokiem nie powalił nas wszystkich od razu. Objawił nam go delikatnie i z miłością, w takiej mierze, w jakiej byliśmy w stanie to znieść. Czy można zapomnieć, jak ukazał nam wspaniałe, miłujące serce Chrystusa, przebite straszliwym smutkiem i bolejące z powodu nieprawości świata?

Mogliśmy coraz głębiej wchodzić w agonię Bożej duszy, aż - jak prorok smutku, Jeremiasz - zobaczyliśmy jego udrękę, pragnienie, aby jego oczy stały się źródłem łez, aby mógł płakać dzień i noc nad płochością córki swego ludu. To boskie pragnienie urzeczywistniło się w Getsemane i na Golgocie! Mogliśmy widzieć straszliwe cierpienia Syna Bożego i jeszcze straszliwsze cierpienie Ojca i Wiecznego Ducha, przez którego Chrystus ofiarował siebie samego bez zmazy Bogu. Jak możemy wejść w społeczność jego cierpień? "Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam". Zwróć uwagę na postęp w narastającym pragnieniu - wielkie, większe, największe, i odpowiadającą mu nagrodę, aż - dla ukoronowania tego wszystkiego - serce Ojca otwiera się przed nami. Tak, wszystkim bez wyjątku mówimy o naszej radości, ale tylko niektórym uprzywilejowanym, szczególnie bliskim naszemu sercu mówimy o naszym smutku! Tak też jest z miłością Bożą. Właśnie Janowi, umiłowanemu uczniowi, który spoczywał blisko serca Mistrza, a potem został pociągnięty jeszcze bliżej, Jezus objawił straszną, łamiącą mu serce boleść, że jeden z nich go zdradzi. Im bardziej zbliżamy się do jego serca, tym większy mamy udział w jego smutkach. Nie potrzebujemy własnego złamanego serca, ale serca Bożego. Stajemy się uczestnikami nie naszych cierpień, ale cierpień Chrystusa. Nie z naszymi łzami mamy napominać we dnie i w nocy, wszystko to jest Chrystusa. Społeczność jego cierpień jest dana darmo do przyjęcia w prostej wierze, niezależnie od naszych uczuć.

Pod koniec tej konferencji jakieś drogie dziecko Boże wołało: "Panie, daj mi Twe serce, miłujące grzeszników, złamane przez ich grzechy. Twe łzy, z którymi mam napominać dzień i noc, Ale, o Panie, czuję się taki zimny! Moje serce jest twarde i martwe. Jestem taki letni!" Jakiś przyjaciel musiał mu przerwać: "Dlaczego spoglądasz w dół na swoje biedne "ja", bracie? Oczywiście, że twoje serce jest zimne i martwe. Ale prosiłeś o złamane serce Jezusa, o jego miłość, jego ciężar niesiony za grzechy, o jego łzy. Czy On jest kłamcą? Czy nie dał ci tego, o co go prosiłeś? W takim razie dlaczego odwracasz wzrok od jego serca i spoglądasz na własne?"

John często mawiał: "Gdy trzymamy się blisko Jezusa, On pociąga do siebie ludzkie dusze przez naszą służbę; jednak to On musi być wywyższony w naszym życiu. Oznacza to, że musimy być wraz z nim ukrzyżowani. To nasze "ja", w jakiejś postaci, staje pomiędzy nami i nim, więc trzeba się z nim rozprawić, tak jak rozprawiono się z Chrystusem. "Ja" musi zostać ukrzyżowane. Wtedy Chrystus naprawdę jest wywyższony w naszym życiu i nie może zawieść w pociąganiu dusz do siebie samego. Wszystko to stanowi rezultat bliskiego połączenia i społeczności, która jest społecznością z nim w jego cierpieniach!"


Codziennie cztery dusze

Osiemset dusz, które zgromadziło się od zeszłorocznej konferencji nie satysfakcjonowało Johna Hyde'a. Bóg rozszerzył jego serce swą miłością. Jeszcze raz ze świętą desperacją uchwycił się Boga. Nie pamiętam, ile tygodni to trwało, ale wszedł z Chrystusem jeszcze głębiej w cień ogrodu oliwnego! Modlitwa przybrała teraz formę wyznawania grzechów innych i stawania w miejscu grzeszników, jak to czyniło wielu proroków w dawnych czasach. John nosił grzechy innych samotnie wraz ze swym Panem i Mistrzem. "Jedni drugich ciężary noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy". Zgodnie z tym zakonem powinniśmy oddawać swoje życie za braci. To właśnie czynił John Hyde. O jakim ciężarze jest mowa w Liście do Galacjan 6,2? Wyjaśnia nam to poprzedni wiersz. Chodzi o noszenie grzechów innych. John w końcu otrzymał pewność w kwestii czterech dusz zdobywanych każdego dnia. W tym właśnie roku Bóg używał go na obszarze całych Indii. Pomagał w przebudzeniach i konferencjach w Kalkucie, Bombaju i wielu innych większych miastach. Z pewnością był przygotowany do misji mającej wymiar wieczności. Nigdy jednak nie był bardziej niezrozumiany i źle osądzany. Ale i to stanowiło cząstkę społeczności w cierpieniu Chrystusowym. "Przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli". Byliśmy tak uprzywilejowani, że mogliśmy w ciągu tego roku zauważyć w życiu Johna Hyde'a pogłębiający się strach przed grzechem, chociaż był on tylko kiepskim odbiciem straszliwego bólu spowodowanego grzechem, który w końcu złamał serce naszego Zbawcy.

Przed tegoroczną konferencją John spędzał długie noce na modlitwie do Boga. Na jego sercu już od pięciu lat spoczywał ciężar, który stale narastał i coraz bardziej go przygniatał. Wgryzał się w jądro jego duszy! W każdym rysie jego twarzy można było zobaczyć wypisane długie bezsenne noce i dni czuwania na modlitwie. Jednak gdy wypowiadał Boże Słowa do ludzi, robił to z takim ogniem i siłą, że jego postać wydawała się odmieniona, tak że wielu z trudem rozpoznawało tego odmienionego człowieka, którego rysy rozjaśniała chwała Boża. My, którzy dzieliliśmy coś z tego ciężaru w modlitwie, wiedzieliśmy, że był to ciężar samego Boga, o którym mówił do swego Kościoła w Indiach i - tak - do swego Kościoła na całym świecie.

Wyznawanie grzechów innych pochłaniało serce Johna. Mniej więcej w tym właśnie czasie nauczył się bardzo poważnej lekcji - o grzechu polegającym na wyszukiwaniu win nawet w modlitwie za innych. Był kiedyś przytłoczony ciężarem modlitwy o pewnego hinduskiego pastora. Oddalił się więc do swej komory i myśląc o oziębłości tego pastora, a w konsekwencji o martwocie jego zboru, zaczął się modlić: "Ojcze, ty wiesz, jak zimny...". Ale wydało mu się, że ktoś położył palec na jego wargi. Nie powiedział już ani słowa i usłyszał jakiś głos mówiący mu do ucha: "Ten, kto go dotyka, dotyka źrenicy mego oka". John Hyde zawołał ze smutkiem: "Przebacz mi, Ojcze, że byłem oskarżycielem mojego brata przed Tobą!" Zrozumiał, że przed Bogiem musi patrzeć na to, co dobre. Ale chciał przecież spoglądać na to, co prawdziwe. Wtedy zobaczył, że "prawdziwe" w tym wierszu zostało ograniczone do tego, co dobre i prawdziwe, że grzech Bożych dzieci jest przemijający, nie stanowi ich prawdziwej natury. Powinniśmy więc widzieć je takimi, jakimi są w Chrystusie Jezusie - "pełnymi", gdyż takimi będą, gdy On dokończy dobrego dzieła, które w nich rozpoczął. Potem John prosił Ojca, aby pokazał mu wszystko, co jest godne pochwały ("myślcie o tym..., co jest cnotą i godne pochwały") w życiu tego pastora. Przypomniał sobie o wielu rzeczach, za które mógł serdecznie podziękować Bogu i spędził swój czas na uwielbieniu! Taka była droga do zwycięstwa. Rezultat? Wkrótce potem usłyszał, że ów pastor w tym samym czasie przeżył wielkie ożywienie ducha i zaczął z ogniem zwiastować Słowo. Bóg wyznaczył drogę chwały dla przygotowania swej Oblubienicy i przyobleczenia jej w piękną szatę. W Księdze Objawienia 19,6-8 czytamy, że to właśnie chwała prowadzi do chwalebnych skutków. Pamiętam, jak John mówił mi, że jeśli w tym czasie zdarzył się dzień, w którym cztery owce nie zostały wprowadzone do owczarni, to w nocy odczuwał na sercu ciężar, który przyprawiał go o ból i nie mógł ani jeść ani spać. Potem w modlitwie prosił Boga, aby pokazał mu, co było w nim przeszkodą dla otrzymania tego błogosławieństwa. Nieodmiennie odkrywał, że była to potrzeba uwielbiania Boga w jego życiu. Ten nakaz, który został setki razy powtórzony w Bożym Słowie z pewnością musi być wielkiej wagi! Wyznawał zatem swój grzech i przyjmował przebaczenie przez krew Chrystusa. Następnie prosił o ducha uwielbienia, jak o każdy inny dar Boży. I tak zamieniał swój popiół na wieniec Chrystusowy, swą żałobę na Chrystusowy olejek radości, a swego przygnębionego ducha na strój chwały; a kiedy chwalił Boga, dusze przychodziły do niego i brakująca liczba była uzupełniana.

Wkrótce po konferencji w Sialkot John Hyde poprowadził spotkanie w Kalkucie. Jego przyjaciel z tego miasta, tak o nim pisze: "Przebywał z nami prawie dwa tygodnie i przez cały czas miał gorączkę. Jednak regularnie prowadził zgromadzenia i chociaż był fizycznie niezdolny do żadnej pracy, jakże Bóg przez niego przemawiał! W tym czasie ja również czułem się kiepsko przez kilka dni. Ból w piersiach sprawiał, że nie mogłem spać przez parę nocy z rzędu. Właśnie wtedy zauważyłem, co John Hyde robi w pokoju naprzeciwko. Pokój, w którym ja przebywałem, był ciemny i mogłem widzieć blask światła elektrycznego, gdy Hyde zapalał je, wstając z łóżka. Obserwowałem go, jak robił to o dwunastej, o drugiej, o czwartej i wreszcie o piątej. Od tego czasu światło świeciło się aż do świtu. Stąd wiedziałem, że pomimo swych nocnych czuwań i choroby, zaczynał dzień o piątej rano.

Nigdy nie zapomnę lekcji, jaką wtedy otrzymałem. Zawsze starałem się wymówić od nocnych czuwań, gdyż czułem się zbyt zmęczony w porze kładzenia się do snu. Czy prosiłem kiedyś Boga o przywilej czekania na niego w godzinach nocnych? Nie! To sprawiło, że wołałem o ten przywilej tu i teraz. Ból, który nie dawał mi spać nocami, zamienił się w radość i chwałę z powodu tej nowej służby, którą nagle odkryłem - trzymania straży nocnej wraz z Pańskimi strażnikami. Wreszcie ból całkiem ustąpił, sen powrócił, ale ogarnął mnie strach, czy nie straciłem mych godzin społeczności z Bogiem. Modliłem się: "Obudź mnie Panie, gdy nadejdzie pora" (zob. Iz 50,4). Najpierw budziłem się o drugiej, potem o czwartej, z uderzającą regularnością. O piątej każdego ranka słyszałem mahometańskiego kapłana w pobliskim meczecie, wzywającego wiernych na modły dźwięcznym, melodyjnym głosem. Myśl, że byłem na nogach o godzinę wcześniej od niego, napełniała mnie radością.

John Hyde czuł się coraz gorzej, a tymczasem wzywano go na coroczny zjazd jego Misji. Zaniepokojony, namówiłem go, aby udał się ze mną do lekarza. Następnego ranka lekarz powiedział: "Serce jest w okropnym stanie. Nigdy dotąd nie zetknąłem się z takim przypadkiem. Zostało przesunięte ze swojej naturalnej pozycji po stronie lewej na stronę prawą. Stres i wysiłek sprawiły, że jest w tak złym stanie, iż jedynie długie miesiące bardzo spokojnego życia mogłyby przywrócić je do stanu przypominającego normę. Co pan z sobą zrobił?" Kochany John nie powiedział ani słowa, uśmiechnął się tylko. Jedynie my, którzy go znaliśmy, znaliśmy również przyczynę takiego stanu rzeczy: jego życie wypełnione żarliwą modlitwą o innych, we dnie i w nocy, modlitwy zanoszone ze łzami za swych nawróconych, za współpracowników, za przyjaciół i za kościół w Indiach".

Dalej ów przyjaciel pisze o tym, jak Bóg nauczył go żyć życiem modlitewnym, posługując się przykładem Johna Hyde'a i jak, następnie on sam - podobnie jak John - został wprowadzony w społeczność cierpień Chrystusowych; jeszcze głębiej i dalej w tajemnicę Getsemane, aż i on poznał tłocznię gniewu Bożego podnoszącego się przeciwko grzechowi. Oto, co zostało zapisane w życiu i dziele pewnej kobiety, misjonarki. Przez wiele lat pracowała ciężko na swoim terenie, ale praca nie przynosiła żadnego prawdziwego owocu. Zdarzyło się że przeczytała o życiu modlitewnym Johna Hyde'a i postanowiła poświęcić najlepsze godziny swego czasu na modlitwę i czekanie na Boga, oraz badanie jego Słowa i woli. Postawiła modlitwę na pierwszym miejscu w swym życiu, nie na drugim jak to było dotąd. Zaczęła żyć życiem modlitewnym w mocy Bożej. Bóg powiedział do niej: "Wzywaj mnie, a ukażę ci wielkie i potężne rzeczy. Nie wzywałaś mnie i dlatego nie mogłaś oglądać tych rzeczy w swej pracy". Poczuła, że za wszelką cenę musi poznać Boga i życie modlitwy. Tak zakończyła się bitwa o jej serce, a ona zyskała zwycięstwo. Jedną z rzeczy, o które się modliła, było to, aby Bóg pozwolił jej działać w ukryciu. Musiała stawić czoła niezrozumieniu, być głuchą i nie otwierać swych ust we własnej obronie, jeśli miała być naśladowczynią Baranka. W niecały rok później napisała jakiś list i, o dziwo, jak wielka zaszła zmiana! Nowe życie powstawało wszędzie, pustynia zmieniała się w ogród. Piętnaście osób zostało ochrzczonych, a w pierwszej połowie następnego roku sto dwadzieścia pięć osób dorosłych przyjęło chrzest! Toteż pisała: "Większa część tego roku minęła mi na walce o wytrwanie w moim postanowieniu. Zawsze prowadziłam bardzo aktywne życie, przywykłam do pracy przez cały dzień, a moje nowe życie wymagało, abym najlepszą część dnia spędzała na modlitwie i studium biblijnym. Czy możesz sobie wyobrazić, czym to dla mnie było i czym bywa czasem i dzisiaj? Słyszeć, jak inni krzątają się wokół przy pracy, podczas gdy ja siedzę w ciszy w moim pokoju, jak gdyby bezczynnie.

Wiele razy pragnęłam zająć się ponownie aktywną pracą wśród ludzi w pośpiechu życia, ale Bóg nie pozwolił mi odejść. Jego ręka trzymała mnie tak realnie jak ręka ludzka i wiedziałam, że nie mogę odejść. Dopiero wczoraj odczułam to znowu i zdawało mi się, że Bóg mówi do mnie: "Jakiż owoc przyniosły rzeczy, których dzisiaj się wstydzisz?" Tak, wiedziałam, że wstydzę się całych lat życia misjonarskiego niemal zupełnie pozbawionego modlitwy. Każda dziedzina mojej pracy znajduje się teraz w lepszym stanie niż kiedykolwiek. Stres i wysiłek opuściły moje życie. Radość społeczności z Bogiem z jednej strony, a życie pracy z drugiej przynoszą mi pokój i odpocznienie. Nie mogłabym powrócić do mego starego życia i Bogu dzięki, że nigdy nie będzie to możliwe". Minął kolejny rok i pisała znowu: "Duch gorliwego błagania wzrasta w wioskach, a mamy obietnicę, że w przyszłości powstanie większe poruszenie niż kiedykolwiek dotąd. Liczba naszych chrześcijan zwiększyła się do sześciuset, podczas gdy jeszcze dwa lata temu było ich zaledwie sześciu. Wierzę, że możemy wkrótce oczekiwać wielkich rzeczy w Indiach. Chwała Mu za Jego obecność w każdej chwili i za społeczność z Nim!"

Kiedy byłem chłopcem opodal mego domu rodzinnego znajdował się staw. Stanąłem kiedyś na jego brzegu i rzuciłem do wody kamień, a potem obserwowałem coraz większe kręgi fal rozchodzące się od miejsca, w którym kamień zanurzył się w wodzie, w końcu cała powierzchnia stawu była poruszona. Fale podeszły do brzegu, do samych moich stóp, a każdy mały kanał i zatoczka były poruszone przez falującą wodę. Sialkot stało się ośrodkiem kręgów i fal błogosławieństwa, które nawet teraz uderza w tajniki i głębię wielu ludzkich serc. Tylko Bóg i zapisujący wszystko anioł mogą ocenić, jak bardzo całe ciało Chrystusa zostało poruszone i ubłogosławione przez niezwykłą siłę modlitwy zrodzoną z Ducha Świętego w sali modlitewnej w Sialkot. Miejscowi pastorzy, nauczyciele i ewangeliści powrócili z tej konferencji do domów z nową życzliwością dla Chrystusa i wywarli wpływ na tysiące ludzi w swych miejscach pracy.

Zagraniczni misjonarze uzależnili swoje życie od wizji Bożych. Listy i zadrukowane strony, jak chustki i przepaski, które dotykały ciała Pawła, zostały prawdopodobnie rozesłane do każdego kraju na ziemi, aby przynieść uzdrowienie ludziom o słabych sercach, a wskazówki i zachętę tym, którzy pragnęli wejść w życie modlitwy. Jestem pewien, że dziesiątki tysięcy narodziło się dla Królestwa z powodu walki duchowej toczonej w Sialkot. Nieprzeliczone rzesze powstaną pewnego dnia, aby dziękować Bogu za to, że dwóch lub trzech ludzi w Północnych Indiach powiedziało w imieniu Bożym: "Zorganizujmy konferencję w Sialkot!"


Znowu w Anglii

Następnej wiosny John Hyde, ciężko chory, wyruszył w podróż do domu. Przyjechał do Indii jesienią 1892 roku, niecałe dwadzieścia lat temu. Były to z pewnością wspaniałe lata. Po przyjeździe do Anglii odwiedził kilku przyjaciół w Walii, zamierzając uczestniczyć później w konferencji w Keswick. Będąc w Walii, usłyszał, że dr J. Wilbur Chapman i Charles M. Aleksander w ramach ewangelizacyjnej podróży po całym świecie organizują spotkanie w Shrewsbury. Wraz z dwojgiem przyjaciół John udał się na otwarcie tej kampanii. Po pierwszych trzech dniach jeden z jego przyjaciół pisał: "Bardzo podobała nam się usługa, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że istnieje jakaś wielka przeszkoda, która była w sposób szczególny odczuwalna na spotkaniach dla kaznodziejów". "Po tym nabożeństwie zauważyliśmy, że wielki ciężar spoczął na sercu Johna Hyde'a, a gdy wyjeżdżaliśmy następnego dnia, pytał nas, czy moglibyśmy zarezerwować mu pokój w hotelu na następny tydzień. Tej niedzieli zwiastował Słowo w innym miejscu, ale zamierzał powrócić do Shrewsbury w poniedziałek, wcześnie rano, aby podnieść ciężar modlitwy o tę konferencję. Dla tych, którzy go znali, było widoczne, że bardzo jest obciążony. Nieobecny wzrok, słodki, wzruszający, bolesny wyraz twarzy, brak apetytu, bezsenne noce, wszystko nam o tym mówiło".

Dr J. Wilbur Chapman pisał później: "Bóg w swej łaskawości był blisko nas podczas tej długiej podróży dookoła świata i nauczyliśmy się paru rzeczy, które przyczyniły się do wzrostu naszej wiary. Po pierwsze, bardziej niż kiedykolwiek przedtem wierzymy, że Biblia jest autentycznym Słowem Bożym. Po drugie, wierzymy jak nigdy dotąd w modlitwę! Odebrałem kilka wielkich lekcji w związku z modlitwą. Wiem, że wszystkie wielkie przebudzenia zostały zrodzone z modlitwy. Na jednym z naszych spotkań w Anglii liczba słuchaczy była wyjątkowo mała, widoczne rezultaty wydawały się niemożliwe, ale otrzymałem wiadomość, że pewien amerykański misjonarz przyjechał do tego miasta i zamierza modlić się o Boże błogosławieństwo dla naszej pracy. Znany był jako "Modlący się Hyde". Prawie natychmiast wszystko się zmieniło. Hala była przepełniona, a na moje pierwsze wezwanie pięćdziesiąt osób przyszło do Jezusa. Gdy wyjeżdżaliśmy stamtąd, powiedziałem: "Panie Hyde, chciałbym, aby Pan pomodlił się o mnie". Przyszedł do mojego pokoju, przekręcił klucz w drzwiach, upadł na kolana i czekał bez słowa przez około pięć minut. Mogłem usłyszeć własne serce bijące i tłukące się w mojej piersi. Czułem gorące łzy spływające mi po twarzy. Wiedziałem, że jestem z Bogiem. Wtedy podnosząc w górę zalaną łzami twarz, powiedział: "O, Boże!" Potem przez pięć minut znowu milczał, a gdy wiedział już, że rozmawia z Bogiem, otoczył mnie ramieniem, a z głębi jego serca popłynęło takie błaganie o ludzi, jakiego nigdy przedtem nie słyszałem. Kiedy powstałem z kolan, wiedziałem już, czym jest prawdziwa modlitwa. Wierzymy, że modlitwa jest potężną siłą, wierzymy w to, jak nigdy dotąd".

Charles M. Aleksander podaje dalsze szczegóły dotyczące tego spotkania. Zetknęli się z sobą nie tylko dr Chapman i John Hyde, ale był tam także Charles Alexander. Wszyscy trzej prawie cały dzień przebywali z sobą. Potem wezwano innych pracowników i długi czas spędzono na modlitwie. W następstwie tego Duch objawił się na kolejnych zgromadzeniach z taką mocą, że pękły wszystkie bariery, a grzesznicy wołali o miłosierdzie i wszyscy byli zbawieni. John Hyde miał pomocnika w swej służbie wstawienniczej w osobie pana Davisa z Pocket Testament League; obaj, będąc ludźmi pokrewnego ducha, bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili. Hyde pozostał tam przez cały tydzień, a potem powrócił do swych przyjaciół w Walii. Następnego dnia poważnie zachorował i z trudnością mógł mówić, ale uśmiechnął się i wyszeptał: "Ciężar Shrewsbury był wielki, ale ciężar mojego Zbawcy zabrał go do grobu".

Sposób, w jaki John Hyde się modlił, został opisany przez dr. Chapmana, pauzy pomiędzy prośbami - o których mowa - opisał również ktoś inny: "Twarzą do ziemi leży modlący się Hyde. Była to jego ulubiona pozycja modlitewna. Posłuchajcie! Modli się, zanosi prośbę a potem czeka przez chwilę, aby ją następnie powtórzyć, i znowu czeka. I tak wielokrotnie aż poczuliśmy, że błaganie przeniknęło każdą cząsteczkę naszej istoty i otrzymaliśmy pewność, że Bóg wysłuchał modlitwy i odpowie na nią bez wątpienia. Dobrze pamiętam, jak modlił się o to, aby nasze usta otworzyły się szeroko i żeby Pan mógł je napełnić (Ps. 81,10). Myślę że powtarzał słowo "szeroko" dziesiątki razy z długimi przerwami. "Szeroko, Panie, szeroko, otwórz szeroko, szeroko". Jakież to było wrażenie, słyszeć go, jak zwraca się do Boga: "Ojcze, Ojcze!"

Pewna kobieta pracująca jako misjonarka w Indiach pisała: "Pamiętam, że podczas jednej z konferencji w Jubbleport, w czasie południowego spotkania modlitewnego klęczałam obok niego. Nigdy nie zapomnę, jak drżał od uczuć, których nie potrafię opisać i jak wołał w modlitwie: "Jezu - Jezu - Jezu!" Wydawało się, jak gdybym przeżyła chrzest miłości i mocy, a moja dusza ukorzyła się w prochu przed Bogiem".


Wreszcie w domu

"A trudy podróży wydadzą się niczym, Gdy dojdziemy do końca naszej drogi". Kiedy John Hyde przyjechał do Nowego Jorku, udał się zaraz do Clifton Spring. Pragnął pozbyć się ostrego bólu głowy, na który cierpiał jeszcze przed wyjazdem z Indii. Operacja wykazała obecność złośliwego guza, zdiagnozowanego jako mięsak. Po tej operacji wrócił do sił i odwiedził swą siostrę, żonę prof. E.H. Mansela, w Northampton. Wkrótce po Nowym Roku zaczął odczuwać bóle w plecach i w boku. Myślał, że to reumatyzm, jednak lekarz rozpoznał znowu złośliwy nowotwór. John Hyde odszedł 17 lutego 1912 roku. Jego ciało zostało zabrane przez brata Willa i siostrę, Mary, z powrotem do rodzinnego Carthage w Illinois, a pogrzeb odbył się w kościele, w którym jego ojciec był przez siedemnaście lat pastorem. Wielebny J.F. Young, szkolny kolega Johna, ówczesny pastor kościoła, wygłosił mowę pogrzebową. Miałem przywilej uczestniczyć w tym nabożeństwie i stojąc na podwyższeniu spoglądać na najmilszą twarz Johna, znaną mi z 1901 roku, kiedy ostatni raz widziałem go żywego.

Ten dzień, 20 lutego, był pochmurny, zimny i ponury. W pięknym Moss Ridge złożyliśmy ciało Johna obok jego ojca, matki i brata Edmunda. Wiem, że chmury i cienie się rozproszą, chłód i ciemność grobu się rozwieją, a ten mąż modlitwy i chwały wyjdzie w podobieństwie do zmartwychwstałego Syna Bożego. Świętość przed Panem Gdy starannie, z modlitwą badałem fakty, wypadki i doświadczenia z życia mego drogiego przyjaciela, odnosiłem wrażenie, że wielką cechą charakterystyczną Johna była świętość. Nie chodzi mi tu o gorliwość w modlitwie, gdyż modlitwa była jego życiową pracą. Nie przywiązuję szczególnej wagi do zdobywania dusz, gdyż jego moc jako zdobywcy dusz wiązała się z jego podobieństwem do Chrystusa. Bóg mówi: "Bez świętości nikt nie ujrzy Pana", a my - pozostając w zgodzie z Pismem - możemy powiedzieć, że bez świętości nikt nie będzie wielkim zdobywcą dusz. Sam John Hyde tak wypowiedział się w tym przedmiocie: "ja" musi być nie tylko martwe, ale pogrzebane sprzed naszych oczu, inaczej odór nie pogrzebanego "ja" odstraszy dusze od Jezusa".

Nie wydaje się, aby John mówił wiele na temat swego osobistego przeżycia uświęcenia, ale żył życiem uświęconym. Jego życie było kazaniem. Nie mówił też wiele na temat modlitwy - modlił się. Jego życie było świadectwem mocy krwi Jezusowej oczyszczającej od wszelkiego grzechu. Nie tylko jego słowo było słowem proroka, ale jego życie zostało uświęcone przez prawdę. Pewnego dnia jakiś misjonarz rozmawiał z młodym Hindusem, który poznał Johna Hyde'a. "Czy pan wie - powiedział ów Hindus - że Pan Hyde przypomina mi Boga". Nie był daleki od prawdy, gdyż w pewnym sensie, nie znanym hinduistycznemu pojmowaniu tego człowieka, John Hyde był wcieleniem Boga. Cytuję z kartki pocztowej napisanej przez Johna do siostry, podczas jego pobytu w Clifton Springs: "Wciąż leżę lub poruszam się w wózku inwalidzkim; dzięki temu mam możność wspaniałego odpoczynku i wykonywania służby wstawienniczej, a także niemało okazji do osobistych kontaktów z ludźmi".

Jaka świętość promieniowała z każdego słowa i uczynku Jezusa! Tak, mój drogi, możemy z całą szczerością i szacunkiem powiedzieć: Jaka świętość promieniowała z każdego słowa i uczynku Johna Hyde'a. Krzyk boleści i pieśń chwały!


Copyright 1970 Bethany Fellowship, Inc. Copyright wydania polskiego: Oficyna Wydawnicza IDEA Skr. poczt. 295 43-300 Bielsko Biała





Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:



Wersja HTML Copyright (c) 2001 Czytelnia Chrześcijanina