Człowiek modiltwy
- człowiek niepoznawalny

Na pustyni znajdujesz Boga początków a nie Boga dokonań czy upiększeń. Aby dobrze zrozumieć: znajdziesz Boga Stwórcę a nie dekoratora.

Sądziłem przez długi czas, że modlitwa jest pewnego rodzaju kosmetyką duchową, uporządkowaniem najlepszej części mojego jestestwa. Myślałem, że wyjdę z niej przypudrowany kontemplacją, natłuszczony dobrymi uczuciami, pokryty pyłem światła nadprzyrodzonego.

Trochę lepszy, trochę pokorniejszy, posłuszniejszy, czystszy, wrażliwszy, szlachetniejszy. Trochę bardziej chrześcijański. Z twarzą oczyszczoną z wad - a więc sympatyczniejszy dla innych.

Zrozumiałem tymczasem, że prawdziwa modlitwa nie ma nigdy charakteru retuszu, politury, odrestaurowania. jeżeli poddajesz się oczyszczającemu działaniu modlitwy, musisz zgodzić się na działanie niszczące, na okrutną akcję burzenia.

Jeżeli pozwolisz działać Bogu w modlitwie, kończy się to tym, że wychodzisz z niej wcale nie upiększony, bardziej reprezentatywny, ale dosłownie "nie do poznania". Chcę powiedzieć, że z rąk Bożego Chirurga nie wychodzi ulepszona kopia dotychczasowego osobnika. Wyłania się nowy zupełnie egzemplarz, nigdy dotąd nie widziany. Twoje "ja" nie zostaje poprawione. Znika. Nie zostaje nic z tego, na czym ci zależało. Bóg nie ma w ręce stiuku czy lakieru. Czeka na ciebie z dłutem i ogniem.

Będziesz potrzebował trochę czasu, by oswoić się z nową istotą. Bieda polega na tym, że taka operacja powtórzy się już następnego dnia. Zawsze trzeba zaczynać wszystko "na nowo".

Stwierdzam, że zbyt długo moja modlitwa była próbą własnej obrony przed Bogiem, aby zmusić Go do działań estetycznych, do wyposażenia mojego sztucznego gmachu duchowego. Może wreszcie zrozumiałem, choć częściowo, że Bóg nie nadaje się do tych upiększających operacji. On nie godzi się pracować nad "konstrukcjami duchowymi". Pracuje nad człowiekiem i nie zaczyna swej pracy od twarzy. Chyba, że twarz dostosuje się do tego przeorania, "przeistoczenia", jakie dokonuje się wewnątrz.

Jasne, że i teraz Jego uderzenia napawają mnie lękiem. Ale przy najmniej wiążę modlitwę z tymi oschłymi i przeszywającymi uderzeniami a nie z głaskaniem, czy słodkimi lamentami. Zdaję sobie sprawę, że z modlitwy nie wychodzi człowiek oczyszczony i uperfumowany duchowo, wzmocniony witaminami niebieskimi. Musi wyjść inny. Komentarz nie może być stwierdzeniem: "jak on się poprawił!" Ale: "Któż to jest?" Sukces modlitwy polega właśnie na tym, że człowiek staje się "nie do poznania".

Gdy ktoś zawierza dynamizmowi modlitwy, godzi się na to, że nie zostaje poznany przez ludzi. Ale to jedyny sposób uznania przez Boga i udowodnienia sukcesu Jego dzieła. Jeżeli wychodzisz z modlitwy zado wolony, odświeżony, różowy niczym dziecko z kąpieli, należy przypuszczać, że Bóg nie był zatrudniony w tej akcji.

Panie, pozwól mi zrozumieć, że pewne plany w moim życiu są brzydkie. Ale gdy pragnę je "upiększyć", polakierować w modlitwie, stają się wręcz wstrętne.

Aleksandro Pronzato "Rozważania na piasku"



Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:


Copyright (c) Czasopismo "Głos Prawdy".
Wersja HTML Copyright (c) 1999 by
Czytelnia Chrześcijanina