Nasze serce krzyczało o przebudzenie

Świadectwo Friedela Stegena
z Misji Kwa Sizabantu w RPA

Nasz Panie Jezu! Bądź wśród nas. Zmiłuj się nad nami! Przyjdź o Duchu Święty i mów językiem, który będziemy rozumieć! Mów tak, abyśmy rozumieli - niezależnie czy jesteśmy pastorami, kupcami czy gospodyniami domowymi. Podaruj nam spotkanie z Tobą! Pobłogosław w nas Twoje Słowo. Stwórz nową rzecz tak, abyśmy nigdy nie byli już tacy sami, lecz abyśmy doszli do doskonałości ku uwielbieniu Ciebie. Amen!

Drodzy bracia i siostry! Proszę wybaczcie moją afrykańską odmianę niemieckiego. Mam nadzieję, że mimo to będziecie mnie rozumieć. Nie jestem pastorem ani kaznodzieją, tylko farmerem z Afryki Południowej. Gdy jednak, z łaski, pochwycony zostałem przez Tego, który za mnie umarł, moje życie zmieniło się całkowicie.

Słuchacz jakiegoś kazania łatwo może sobie pomyśleć: "No taak, to brzmi dobrze, ale on nie wie jak to wszystko wygląda u nas. On przecież nie wie, co my przeżywamy na co dzień." Z tego powodu cieszę się, że jestem jednym spośród was i mogę świadczyć o tym, co Bóg może uczynić w życiu [przeciętnego człowieka].

Przeczytajmy Słowo z 2 Tym 2, 5: "Bo nawet jeśli ktoś staje do zapasów, nie otrzymuje wieńca, jeśli nie walczy prawidłowo. W Słowie tym czytamy, że wprawdzie musimy walczyć, ale możemy walczyć źle. Ważne jest, abyśmy walczyli prawidłowo. Chciałbym opowiedzieć trochę o tym, jak to było w naszym życiu przed przebudzeniem i jak żyliśmy wtedy jako zbór. Przed chwilą usłyszeliśmy, jak szło Erlo [Stegenowi] i co on przeżył.

W 1949 r. mieliśmy kaznodzieję, który miał społeczność z Bogiem. Wszyscy zostaliśmy poruszeni jego kazaniami. Zaczęliśmy naśladować Jezusa. Usłyszeliśmy Jego wołanie i odpowiedzieliśmy: "Panie Jezu, chcemy Cię naśladować! Chcemy skończyć z tym światem! Chcemy skończyć ze wszystkim, co nie jest właściwe!"

Chciałbym to teraz zilustrować na przykładzie historii Izraela: U nas było tak samo, jak wtedy, gdy Mojżesz został pochwycony przez Boga, który mu oznajmił: "Wyprowadź mój Lud z Egiptu! My też wybraliśmy się w drogę i chcieliśmy naśladować Jezusa Chrystusa. Poświęciliśmy Mu nasze życie i chcieliśmy być tylko do Jego dyspozycji. Tak więc wyszliśmy ze wszystkimi manatkami z Egiptu. Odczuwaliśmy Bożą obecność. Jakże to było cudowne, gdy prowadzeni byliśmy przez Morze Czerwone. Jakże cudowne było, gdy otrzymywaliśmy "mannę", to znaczy doświadczaliśmy czegoś nowego. Przeżywaliśmy, że Bóg jest Bogiem żywym. Z pełnym zaangażowaniem i zaufaniem wierzyliśmy, że znaleźliśmy Zbawiciela i chcieliśmy tylko Jego naśladować. Niebo było pełne muzyki. Było wspaniale. Śpiewaliśmy i modliliśmy się. Zorganizowaliśmy tydzień biblijny. Stworzyliśmy chór - 200, 300 a potem 400 młodych ludzi. Śpiewaniu nie było końca! To wszystko było wspaniałe. Było tak wyśmienicie!

Później wracaliśmy do domów, a tam życie szło dalej swym torem. Ach, jakże cudownie było być w społeczności, gdzie mogliśmy wielbić i śpiewać, gdzie padaliśmy na kolana i oddawaliśmy cześć Bogu, gdzie mogliśmy przebywać w obecności Bożej i studiować Biblię. Piliśmy z tego strumienia, jedliśmy z tej manny, ale jak tylko z powrotem byliśmy w domu, wracało życie wzlotów i upadków.

W tamtych czasach byliśmy jeszcze młodymi mężczyznami. Och, te dziewczyny! W Afryce Południowej mamy takie piękne dziewczyny, o wiele ładniejsze niż tu w Niemczech. Nasze serca pragnęły tylko ich. Och, jak bardzo chcieliśmy się żenić; przecież musieliśmy się wreszcie ożenić. To było dla nas najważniejsze. W naszych sercach czuliśmy jednak niezadowolenie. Myśleliśmy: "Panie Jezu, przecież musi istnieć zwycięskie życie!" Gdy przychodzi¸ do nas diabeł, zwycięża¸ nas. Nawet na najniższym poziomie [życia duchowego] byliśmy zwyciężani przez ataki diabelskie. Szukaliśmy zwycięskiego życia i nie mogliśmy go znaleźć. Wtedy powiedzieliśmy sobie, że musimy się więcej modlić! Na jednym z tygodni biblijnych powiedziano nam, że musimy modlić się jeszcze więcej i jeśli cichy czas trwa¸ godzinę, to należało dołożyć jeszcze pół. Nie mówimy, że to jest fałszywe.

Drodzy bracia, proszę zrozumcie nas prawidłowo - dobrze jest jeśli mamy cichy czas. Dobrze jest jeśli się modlimy albo jeśli zbieramy się pod Bożym Słowem. Dobrze jest jeśli idziemy na ewangelizację albo mamy studium biblijne. To wszystko jest w porządku. To nie jest złe. Chciałbym wam tylko pokazać, jak to było w naszym życiu. Sądziliśmy, że zajdziemy dalej duchowo, jeśli więcej będziemy czytali Biblię, więcej się modlili i mieli więcej nabożeństw uwielbiających. Mówiliśmy sobie: "Nie! Jedna godzina to za mało. To muszą być trzy godziny." Szukaliśmy żyjącego Boga! Szukaliśmy tego nowego życia.

Jakże cudownie i wspaniale było, gdy mieliśmy te tygodnie biblijne. Było tak, jakbyśmy byli na stacji benzynowej i tankowali. W niedzielę wzywano nas, abyśmy złożyli świadectwo. Wszyscy wyskakiwaliśmy na środek, aby zaśpiewać z nową radością: "Panie Jezu, z nową pewnością wchodzimy w przyszłość. Ty jesteś naszym Panem, Królem i Bogiem!"

Potem wsiadamy do samochodu. Już po 10 kilometrach moja żona mówi coś głupiego, a mi rośnie ciśnienie. O co jej chodzi? Dlaczego ta kobieta plecie takie głupoty; czy ona ma wszystkie klepki w głowie? Że też musi zawsze gadać takie głupstwa! My mężczyźni wiemy wszystko lepiej. Nie myślimy tak po babsku. Niech no ta kobieta coś potem jeszcze doda - tego my mężczyźni już dłużej nie wytrzymamy... Przyjeżdżamy do domu; tam czeka dwójka albo trójka dzieci. Żona idzie do kuchni, a mąż zajmuje się dziećmi. Zaczyna z nimi śpiewać - mamy u nas w Afryce taki zwyczaj. Nagle mama wraca z pretensjami: "Pięknie sobie śpiewacie, a u mnie w kuchni wszystko wywrócone jest do góry nogami!"

Znów zadawaliśmy sobie pytanie: "Czy to jest zwycięskie życie? Czy to jest przebudzenie?" Nasze serce krzyczało o przebudzenie! Chcieliśmy doświadczać w naszym życiu mocy i chwały, ale ileż niepokoju było w nas, gdy rzeczy nie szły tak, jak powinny były. Powinniśmy byli wyjechać [na nabożeństwo] za dziesięć, a już jest pięć po. Żona nie jest jeszcze gotowa. Bieganie po całym domu, po wszystkich pokojach, narzekanie...! Mąż zaczyna kipieć. Dlaczego ona znowu tak się spóźnia? Stale muszę czekać na swoją żonę! I wtedy następuje wybuch!

Później w kościele jestem tak uprzejmy; pozdrawiam wszystkich i wszystko jest w naj-lepszym porządku, ale ja się przed tym nabożeństwem jeszcze wcale nie pojednałem z moją żoną.

Dręczyło nas to. Mówiliśmy: "Panie, jesteśmy obłudnikami! Walczymy ale nieprawidłowo." "Panie Jezu, jesteśmy jak Lud Izraelski. Wyprowadziłeś nas z Egiptu i kroczymy za obłokiem i słupem ognia, ale nasze życie nie pasuje do tego."

Byliśmy dokładnie tacy jak Izrael. Dopóki był tam Mojżesz, wszystko szło dobrze. On potrafił rozmawiać z Bogiem i mówił nam, co mamy robić, a czego nie wolno. Biada nam jednak, gdy Mojżesz odchodził na górę przed oblicze Boże na 10 lub 40 dni! Wtedy byliśmy jak owce bez pasterza. Wszystko wywracało się do góry nogami i szło jak po grudzie. Wydawało się, że nic nie można zrobić. Nie mogliśmy się zgodzić ani pojednać. Wieczorem, gdy szliśmy do łóżka, klękaliśmy wprawdzie przy nim i czytaliśmy Słowo Boże, ale gdy potem kładliśmy się, żona odwracała się na swoją stronę i nie mówiliśmy sobie nawet dobranoc. Nie mówiliśmy nic! Moja żona pragnęła delikatności, ale ja oglądałem się w inną stronę, jakobym był bardzo zmęczony. Mówię teraz o takich szczegółach, bo może będzie to pomocne dla niektórych z nas.

Następnego rana klękaliśmy znów przy łóżku i modliliśmy się, a potem przy śniadaniu jedzenie było odsuwane ostentacyjnie i rozchodziliśmy się do swojej roboty - niepojednani! -, ale po wspólnej modlitwie. Twierdziliśmy, że jesteśmy dziećmi Bożymi, ale gdy szliśmy na nabożeństwo pozwalaliśmy, aby nasze myśli nadal w nas tkwiły. Och, te nieoczyszczone, nieuświęcone i pożądliwe oczy! Jaka szkoda, że zanim się pobraliśmy nie spotkałem tamtej kobiety albo tamtego mężczyzny! Takie myśli czyniły nas jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Nie byliśmy już zadowoleni z tego, co mieliśmy.

Tak, czuliśmy potrzebę, żeby się znów wspólnie razem spotkać i zorganizować tydzień biblijny albo chodzić na godzinę modlitewną. Modliliśmy się wtedy wiernie, ale jak już wcześniej powiedziałem, zanim po takim spotkaniu dojechaliśmy do domu, już złościliśmy się na siebie, na nasze dzieci albo naszych rodziców. Gdy potem dojechaliśmy do domu okazało się jeszcze, że żona zapomniała przed wyjściem wypuścić kota na pole. O rety, jak ten dom teraz wygląda! Sytuacja pogorszyła się gwałtownie!

Po prostu nie mieliśmy żadnego zwycięstwa nad tymi rzeczami. Radą na to było: "Nie śpiewamy wystarczająco głośno. Musimy śpiewać głośniej!" Robiliśmy wszystko tak, jak nam radzono. Gdyby ludzie powiedzieli nam, że mamy stanąć na głowie, zrobilibyśmy to także. Tak bardzo szukaliśmy Boga! Byliśmy chrześcijanami, ponieważ oddzieliliśmy się od tego świata. Szukaliśmy Pana Jezusa z całego serca i chcieliśmy służyć tylko Jemu.

Sytuacja, którą opisuję trwała latami. Wielu z tych, którzy wyszli z nami z Egiptu powiedziało: "To nie jest dla mnie." Iluż z nich pragnęło wrócić do misek pełnych mięsa w Egipcie! A tyle działo się dookoła. Mogliśmy wtedy chodzić do kina albo na tańce. "Och, jakże szczęśliwi są ci ludzie. Przypatrz się im! Oni korzystają ze swojego życia, a nam nie wolno!" Wyszliśmy wprawdzie z Egiptu, ale czuliśmy się jak ryba bez wody. Dokładnie tak było w naszym życiu. Chociaż szukaliśmy Boga z całego serca, było w nas coś, co tęskniło do starego. Dlaczego inni mogą nosić modną fryzurę, a ja nie? Dlaczego inni mogą ubierać się w taki sposób, a ja nie? Tak było z nami naprawdę, ale na zewnątrz wszystko wyglądało w najlepszym porządku! Często to powtarzam, że było tak, jakby diabeł stał się terrorystą i działał między nami [w ukryciu].

Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. Ach, jakże potrafiliśmy się modlić - było jedno Amen! i jedno Alleluja! Gdy śpiewaliśmy, to było tak, cudownie i wspaniale. Czuliśmy się prawie jak w Niebie. Dlaczego musieliśmy potem wracać z powrotem na Ziemię? Szybowaliśmy gdzieś tam wysoko. Było wspaniale! Nie mówię, że to jest fałszywe. To jest nawet prawidłowe. Tak musi być! Ale tak ma być przez cały czas. Z nami było tak, że podczas zgromadzenia byliśmy gdzieś tam na górze, ale w domu znów byliśmy całkiem na dole. To czyniło nas nieszczęśliwymi.

Dlaczego nie mogłem kochać mojej żony tak, jak Chrystus kocha swój zbór? Nie mogło mi się to pomieścić w głowie. Sądziliśmy, że coś tu nie gra. Dlaczego żona nie może się stroić dla męża, tak jak zbór powinien się stroić, oczyszczać i uświęcać dla Pana Jezusa Chrystusa? Coś jednak nie zgadza się w naszym życiu!

Upadliśmy na kolana i krzyczeliśmy do Boga: "O Panie, zmiłuj się nad nami i stwórz w nas nowe!" Przecież wyszliśmy z Egiptu, dlaczego więc świat, diabeł i grzech mają jeszcze siłę przyciągania w moim życiu? Padaliśmy na kolana.

Wielu rozbiło się, poniosło klęskę, zginęli na pustyni. Wielu mówiło: "Nie, to nie jest dla mnie!" Ach, iluż rozczarowanych wycofało się mówiąc: "To nie działa w moim życiu. Nie dam rady! Spójrzcie tylko, to nie jest możliwe!" Wyszliśmy z Egiptu i znaliśmy dokładnie Boże przykazania, ale zauważyliśmy, że nie potrafimy ich zachować. Było to dla nas niemożliwe. Próbowaliśmy zachować Prawo, ale nie mogliśmy. Niemożliwe!! Jednak w naszych sercach rozlegał się krzyk: "Panie Jezu, przecież masz dla nas coś lepszego!"

Zdumiewam się ilu to między nami jest "Kalebów" i "Jozuów"? Wiecie przecież drodzy, że tylko ci dwaj mężczyźni wyszli z Egiptu i potem weszli do Ziemi Obiecanej. Reszta Izraela zginęła na pustyni! To samo zdarzyło się nam. Jeden po drugim mówili: "Ja nie dam rady. To niemożliwe!" Zapytywaliśmy siebie: "Czy nie żyjemy już w czasie, gdy Stwórcą nieba i ziemi jest Bóg? Czy nie jest już możliwe, żeby Bóg objawił się w naszym życiu tak, jak dawniej? Czy Bóg się zestarzał?" Słowo Boże mówi jednak: "Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki" (Hebr 13,8).

Coś się nie zgadzało, dlatego stale szukaliśmy. Uchwyciliśmy się ludzi. Chodziliśmy od jednego kaznodziei do drugiego i robiliśmy to, co każdy kazał. Z nową stanowczością zaczynaliśmy kolejny dzień życia, ale to również nie funkcjonowało.

Nasz Pan Jezus uwolnił nas od wielu rzeczy. Tak, przecież wyszliśmy z Egiptu i każdy z nas świadczył o tym. Nie mieszkaliśmy już w Egipcie, ale... Ach, ta Ziemia Obiecana!

Widzieliśmy, jak jeden po drugim ustawali ze zmęczenia; jak jeden po drugim młodzieniec i jedna po drugiej dziewczyna, jak ojcowie i matki kolejno słabli, i wyczerpywali się. Nie mogli już iść dalej.

Zatrzymaliśmy się i zwróciliśmy się do Pana: "Panie Jezu, coś, gdzieś nie gra. Tak, widzimy słup ognia - jesteśmy prowadzeni przez Ciebie. Tak, tu są strumienie błogosławieństwa..., ale potem... jest susza!" W ten sposób upływało nasze życie - w górę i na dół. Żadnego zwycięstwa nad grzechem!

Och, ta moja niecierpliwość. Żona nie robi czegoś tak, jak powiedziałem, a przy tym jeszcze oponuje i już oburzam się, i kłócę - mówię coś, o czym wiem, że nie podoba się to Bogu.

Szukaliśmy życia, w którym Bóg będzie miał upodobanie. Walczyliśmy, ale nieprawidłowo. "Panie Jezu, czy należymy do tych, o których powiedziałeś, że będzie wielu takich, co mówią: 'Panie, Panie, czy nie wyrzucaliśmy w Twoim imieniu diabła, czy nie kładliśmy w Twoim imieniu rąk na chorych, a oni wyzdrowieli...', a Ty odpowiedziałeś im: 'Nie znam was. Odejdźcie ode mnie.'" W ten sposób czuliśmy to, że w naszym życiu coś się nie zgadza.

Och, ta powierzchowność! Byliśmy prawdziwymi uczonymi w Piśmie. Wiedzieliśmy dokładnie, czego wymaga od nas Prawo i jak mamy postępować, a także czego żąda od nas Bóg i jak ma się zachowywać chrześcijanin. Wiedzieliśmy to dokładnie! Ponadto wiedzieliśmy jak Boga chwalić i uwielbiać oraz jak Bogu służyć! Pomimo to, gdy byliśmy sami w domu, w małżeńskiej sypialni, pod kołdrą działo się coś, co nigdy nie powinno się zdarzyć. Nasze życie oskarżało nas dzień i noc, dlatego wołaliśmy: "Panie Jezu, co jest nie tak? Dlaczego nie mogę zwyciężyć grzechu? Nie chcę przyglądać się czasopismom pornograficznym, kiedy przechodzę obok kiosku, ale nie mam siły, aby patrzeć przed siebie". Jak wielką siłę przyciągania miały te rzeczy. Chcieliśmy być od nich wolni, a nie mogliśmy. Przeżywało to wielu z nas.

Potem, na godzinach modlitewnych, padaliśmy na kolana i błagaliśmy Pana: "Panie Jezu, dlaczego nie doświadczamy całkowitego uwolnienia?" Szukaliśmy, nie odkryliśmy jednak tej tajemnicy.

Sytuacja trwała tak dalej, jak zresztą opowiadał o tym wcześniej mój brat Erlo, aż w roku 1966 byliśmy już u kresu. Naprawdę nie wiedzieliśmy co dalej!

Powiedzieliśmy do siebie: "Nie możemy przecież do końca życia odgrywać takiego widowiska! Czy nie ma zwycięskiego życia? Czyż nie istnieje to Boże odpocznienie, Boży pokój, Boża radość, Boża cierpliwość...?"

Owocem zaś Ducha jest miłość - miłość, która się nie pozwoli wzburzyć, która wyżej ceni bliźniego niż siebie samego, która daje życie za bliźniego, - cierpliwość, która nigdy się nie niecierpliwi, - pokój, ten Boży pokój, który jest większy niż ludzki rozum, który, jak mówi Słowo: niech rządzi i zachowuje wasze serca i zmysły. Nie znaliśmy tego pokoju!, gdy coś się nie układało z dziećmi, żoną, mężem, w interesie. Umówiliśmy się na przykład na dziesiątą, a ktoś nie przychodził, my więc biegaliśmy i narzekaliśmy: "No, gdzie jest ten facet...? Przecież zaraz mam następny termin! Co on wyprawia...?" Nie znaliśmy tego pokoju, który przekracza wszelkie zrozumienie. O biada, kiedy później, po takim dniu, przychodził jeszcze jakiś człowiek i musieliśmy siedzieć z nim a nie z rodziną - wtedy było już całkiem źle! Złościliśmy się i oburzaliśmy w sercu! Wiadomo, dlaczego tak wielu ludzi umiera przed czasem. Serce w końcu nie może już tego wszystkiego wytrzymać, tego już za wiele, wszystko tak bardzo napiera na człowieka, że nagle wywraca się i umiera. Dzieje się tak tylko dlatego, że brak jest tego Bożego pokoju.

"Nawet jeśli by świat, a nawet żona, stały na głowie, a dzieci biły się na łóżku,... obym pomimo tego zachował ten Boży pokój,... obym potrafił pohamować żonę i dzieci Bożym autorytetem,... oby ten Boży pokój wywierał wpływ na cały mój dom - nawet na psa i kota,... oby ten strumień pokoju przenikał cały dom!" Czy znacie to moi drodzy? Tą radość, która nigdy nie ustaje? Radość, która wytryska z serca w dobrych i złych dniach. Czy znacie to?

Powiedzieliśmy tak: "Panie Jezu, nie cudzołożymy, nie kradniemy, nie jesteśmy mordercami; nawróciliśmy się z tego, ale ta niecierpliwość, ta zazdrość, ta..." Wiadomo, jak to w rzeczywistości wygląda w sercu, ale my się zachowujemy tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku! Wiemy jak mamy się zachowywać, jak powinniśmy mówić, ale tu w środku wygląda to zupełnie inaczej.

Wszystko to czyniło nas nieszczęśliwymi tak, że zwracaliśmy się do Pana Jezusa: "Panie Jezu, nie jesteśmy zadowoleni z takiego życia! Nie możemy przecież stale tylko udawać; tu śpiewać w chórze, tam iść na godzinę modlitewną, tu pomagać w organizowaniu tygodni chóralnych, tam pościć, modlić się, mieć cichy czas i tak dalej. To są tylko rzeczy zewnętrzne, bez rzeczywistego udziału w nich naszego serca! Podaruj nam, żebyśmy mogli robić te rzeczy z serca i wypełnić sens swego życia!"

Potem, w roku 1966, doświadczyliśmy, że Trójjedyny Bóg jest świętym Bogiem! Święty Bóg, który nie znosi żadnego grzechu! Gdy Adam i Ewa byli nieposłuszni, zostali wygnani z Raju. Tak święty jest Bóg!! Nagle poznaliśmy, że z naszą grzesznością nigdy nie będziemy mogli widzieć Pana Jezusa, i że w takim stanie nigdy nie będziemy mogli przeżyć duchowego przebudzenia! Możemy mieć wszystko i to może wyglądać wspaniale. Nasze nabożeństwo może być prawidłowe i wyglądać pięknie, ale na co się to wszystko zda, jeśli nasze życie i jego istota nie jest służbą Bogu (= nabożeństwem)?

Na cóż się przyda, jeśli spotykamy się, mamy wspaniałe zgromadzenia i rzeczywiście odczuwamy Bożą obecność, ale nasze życie się nie zmienia? Co to da, gdy siedzimy w niedziele na nabożeństwach, a gdy potem jesteśmy już w domu, żyjemy po diabelsku?

Wszystko to zmusiło nas, by się modlić: "Panie Jezu, cokolwiek miałoby się zdarzyć, potrzebujemy ciebie! Chcemy mieć takie zwycięskie życie! Bez niego umrzemy!" Zaczęliśmy wtedy szukać Boga z całego serca. Słyszeliśmy to dzisiaj rano w Psalmie: "Gdy cię szukałem, znalazłem Ciebie." To jest klucz do duchowego przebudzenia - poszukiwanie Boga z całego serca. Stan, w którym Bóg staje się dla nas tak ważny, że zapominamy o wszystkim!

Wiecie, że gdy tak krzyczeliśmy o przebudzenie i szukaliśmy Boga z całego serca, zapomniałem, że jestem żonaty i mam dzieci. Potrafiłem tylko powiedzieć: "Panie Jezu, jeśli nie znajdę Ciebie teraz, to umrę!"

Wtedy Bóg zaczął, w swojej wielkiej łasce, wierności i miłosierdziu, kłaść swój palec na określone rzeczy w moim życiu i mówił: "Moje dziecko, jak wygląda ta sprawa?" O, jakże chwaliliśmy i wielbiliśmy Pana Jezusa, jak dziękowaliśmy Jemu za to, że możemy przyjść do Niego i zrzucić nasze grzechy. Mogliśmy przynieść nasze grzechy i błędy do Jezusa, położyć je pod Jego Krzyż i mówić: "Panie Jezu, oczyść mnie Twoją drogą Krwią!" Mogliśmy wyznawać nasze grzechy. Mogliśmy wynieść na światło wszystko to, co nas latami uciskało i dręczyło.

Drogie siostry i bracia, przecież mamy jedno sumienie. Czyż nie? Och, to nasze sumienie - jakże staramy się je zabić!

Doszliśmy wtedy do punktu, w którym oświadczyliśmy: "Panie Jezu, chcemy Tobie złożyć na ołtarzu wszystko!" Gdy potem modliliśmy się o przebudzenie, Bóg zaczął działać.

Drodzy, siostry i bracia, słyszeliśmy już w poprzednich dniach, że gdy Bóg daruje przebudzenie i zaczyna działać, to wtedy zaczyna się walka. Musimy wtedy wszystko, po prostu wszystko, złożyć na ołtarzu Bożym...naszą żonę, naszego męża, dzieci, rodziców, nasz cały majątek, a nawet nasze cale życie. Oznacza to zupełne oddanie się oraz całkowite oczyszczenie i uświęcenie z naszych grzechów tak, że otrzymujemy czyste serce - ponieważ żyjący Bóg jest ŚWIĘTYM BOGIEM!

"Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą." Jeśli chcemy widzieć Boga i doświadczać Go, jeśli chcemy mieć Boga pośród nas, jeśli Bóg ma przeszukać nasze życie i objawić się w nim tak, aby stało się nowym życiem, ... a więc jeśli Bóg ma wejść do środka i wszystko zmienić i odnowić, to to oznacza, że musimy Bogu dać wszystko. On jest bowiem Bogiem żarliwym i zazdrosnym. On chce mieć WSZYSTKO albo NIC!

Gdy później byliśmy już gotowi, by dać Jemu wszystko i prosiliśmy Go, aby odnowił wszystko i zmienił nasze życie, wtedy to się stało... nagle zmieniło się WSZYSTKO!

Do tego czasu łatwo się denerwowałem i złościłem, gdy szedłem na farmę lub do firmy, a tam sprawy nie układały się tak, jak chciałem. Czasami wracałem już koło dziewiątej rano do domu i mówiłem do żony: "Rita, ja już tak dłużej nie dam rady!" Miałem wszystkiego po dziurki w nosie. Przez cztery miesiące w roku musiałem odpoczywać na urlopie. Po prostu nie mogłem podołać; tego wszystkiego było dla mnie za wiele.

Ale potem wkroczył¸ Bóg. Jakże często stałem później na moim podwórzu i gdy rzeczy nie szły dobrze, kręciłem głową i mówiłem do siebie: "Friedel, właściwie powinieneś być teraz wściekły i walnąć pięścią w stół..." - ale to odeszło! Wszystko było nowe! Nie mogłem pojąć, że Bóg dokonał we mnie tak potężnego dzieła. To był początek przebudzenia, a potem przyszło samo przebudzenie - ale potem przyszedł też diabeł. Diabeł nie został zamknięty w piekle, ale przychodził nadal i próbował swoich najlepszych sztuczek. Teraz istniała jednak różnica; mianowicie mieliśmy nad nim zwycięstwo. Otrzymaliśmy zwycięstwo nad grzechem i całym złem. Rzeczy niemożliwe stały się rzeczywistością i mieliśmy zwycięstwo! Teraz mieliśmy pokój i radość. Teraz mieliśmy także czas tak, że gdy pojawiał się problem, mogliśmy usiąść w ciszy i spokoju, i modlić się: "Panie Jezu, co Ty na to powiesz?" i Pan darował rozwiązanie tego problemu. Szliśmy teraz od zwycięstwa do zwycięstwa!

My, którzy w żyłach mamy niemiecką krew, znamy już odpowiedź, zanim ktoś dokończy swoją wypowiedź i wszystko wiemy najlepiej. Takimi jesteśmy my południowoafrykańscy Niemcy. My wiemy wszystko,... ale Bóg podarował nam to, że nie musieliśmy już dłużej walczyć; nawet, gdy żona robiła najdziwniejsze rzeczy, potrafiliśmy zachować spokój i ciszę. Tak, mieliśmy nawet przywilej pomóc żonom wyjść z tego i pociągnąć je na poziom, na którym wcześniej nigdy jeszcze nie były. Mogliśmy poprowadzić nasze rodziny do Jezusa tak, że zostaliśmy wyzwoleni z tego chrześcijaństwa "w koło Macieju." Nie mieliśmy już problemu z osiemnasto-, dwudziestoletnimi dziewczynami, które dawniej rozglądały się tylko za chłopakami i pozwalały się wabić światu. Teraz mogliśmy je z tego wyciągnąć i stawić w obecności Bożej. Mogliśmy powiedzieć do nich: "Dzieci, naprawdę istnieje życie w obfitości!"

Zrozumieliśmy teraz, co oznaczało, gdy Jezus wisząc na Krzyżu zawołał: "Wykonało się!" Drodzy, siostry i bracia, wykonało się! Gdy Jezus Chrystus powiedział, że się wykonało, myślał o nas! Takie zwycięskie życie jest dostępne dla każdego z nas! Przyjdź do Jezusa! Przyjdź i pozwól Mu tworzyć w tobie to, co nowe. Och, nie ustawajcie w modlitwie, nie ustawajcie w poszukiwaniu, aż On pozwoli się znaleźć!

Niech Bóg was wszystkich błogosławi! AMEN.

Przekład z języka niemieckiego J. Gabała



Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:


Wersja HTML, Copyright (c) 1999 by Czytelnia Chrześcijanina