oderwać stopę od podłogi

ostatnio coraz częściej doświadczam tego, że muszę podjąć najtrudniejszą dla mnie decyzję, największe ryzyko - aby się rozwijać, nie cofać się, nie uciekać przed problemami, które przynosi moje życie, muszę zaryzykować poczucie bezsensu, chwilowe poczucie kompletnej beznadziejności i nicości, bezradności wobec sytuacji, które się pojawiają, muszę zaryzykować zaistnienie totalnej, wielkiej niewiadomej...

Na początku wydawało mi się, że to tak wielkie ryzyko, bo jestem osobą uzależnioną, bo mogę nie dać rady i uciec w tak dobrze sobie znany sposób... Często jest tak, że nie wiem, co dalej robić, bo to, co jest naokoło mnie wydaje się być nie do osiągnięcia, a to co dalej oddalone ode mnie głęboką przepaścią, do której wpadnę, jeśli tylko zaryzykuję cokolwiek uczynić... każdy krok, każde wyjście z sytuacji, każda decyzja wydaje się mi się krokiem w ciemność, w mrok... czasem mam wrażenie, że zostałam na maleńkiej wysepce...

Dopiero niedawno udało mi się spojrzeć na to z pewnym dystansem... wreszcie potrafię uznać, że każda decyzja jest swego rodzaju krokiem, ryzykiem oderwania stopy od podłogi, na której pewnie się stoi, ryzyko niepewności równowagi, postawienia stopy dalej...To ryzyko utraty równowagi, trafienia na nierówność gruntu, coś ostrego w podłożu, utratę jedynego punktu podparcia...

Myślę teraz, że czasem Bóg daje takie doświadczenia, rzuca nas na głęboką wodę, byśmy mogli się rozwinąć, byśmy mogli Jemu naprawdę uwierzyć, pozwala byśmy odczuli tę najgłębszą samotność - Jego brak, byśmy doświadczyli samotności i niepokoju Jezusa na krzyżu wołającego - Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił...

I jakby w odpowiedzi na to doświadczenie niepokoju i braku uwierzyli w Boga i Bogu jeszcze bardziej, jeszcze dojrzalej...

Bo żeby żyć, żyć tak naprawdę po Bożemu na maxa, to musimy wciąż ryzykować, choć to ryzyko, to nie żadne ćwiczenie się w życiowej brawurze...

Musimy ryzykować decydując się na jakieś wyjście... Aby nauczyć się chodzić musimy zaryzykować upadek, pooobijanie rąk i nóg, brody, aby kochać musimy zaryzykować cierpienie, odrzucenie, aby uwierzyć naprawdę musimy zaryzykować zawieszenie się w metafizycznej pustce, musimy zaryzykować skok otchłań, zaryzykować ból niedowiarstwa , aby pokochać, musimy zaryzykować utratę siebie, zapomnienie samego siebie, zaryzykować utratę tej drugiej osoby, a jednocześnie części siebie, bo kochając jednocześnie zakładamy ryzyko utraty tej kochanej osoby...

Chcąc uwierzyć Bogu musimy któreś dnia po raz kolejny rzucić się w kompletną otchłań, kiedy któryś już raz w życiu staniemy w takiej sytuacji, jak Piotr na jeziorze, kiedy nagle przestał wierzyć i zaczął tonąć...

Magda Jankowiak



Chciał(a)bym przesłać ten artykuł pocztą elektroniczną na adres:

Moje imię i nazwisko:

 

Wersja HTML Copyright (c) 1999 Czytelnia Chrześcijanina